Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY

   2. O3 | PoPo 4 c.#ek [następny rozdział » ]     
 

strona [«][](4 z 4)[][»]       

 
 

 
Klawisze schowały się, a z płaskiej powierzchni wynurzył się skomplikowany układ kolorowych strzałek i przycisków o różnych kształtach i kolorach. W tym samym czasie na ekranie pojawił się wirujący symbol „O3”. Logo w kształcie trójatomowej cząsteczki tlenu zajmowało centralne miejsce i było otoczone wielobarwnymi napisami w cyrylicy. C.#ek po krótkiej lekturze wypatrzył na dole jedyny tekst, który rozumiał: English Version. Odetchnął i dotknął go palcem. Alfabet zmienił się na łaciński, a język na angielski. Zamiast znaku „O3” pojawił się wyraz PoPo. Napis pod nim brzmiał: Put On & Put Out, a pełny slogan głosił: Put the armband On your hand & Put diabetes Out of your mind.
– Nawet „zaplati” pasuje – mruknął c.#ek i zaczął przetrząsać witrynę.
Na kolejnych stronach zaglądał w twarze rozradowanych cukrzyków z urządzeniem długości około piętnastu centymetrów na przedramieniu. Ludzie w różnym wieku skakali na spadochronach, brali udział w wyścigach terenowych, latali na promach kosmicznych, uprawiali seks, nurkowali, trenowali wschodnie sztuki walki, trzymali się za ręce na tle zachodzącego słońca,  jeździli na nartach wodnych i siedzieli przy ogniskach, piekąc szaszłyki nad wesoło buzującym ogniem. Wszyscy nosili opaski na przedramionach i wszyscy się uśmiechali.
– Jedna szczęśliwa rodzina. – W głosie c.#ka było mniej więcej tyle samo entuzjazmu co w mowie dziękczynnej gwałciciela, którego poinformowano, że wskutek ułaskawienia zamiast stryczka czeka go kastracja.
Gdy nacisnął zieloną strzałkę, zawartość ekranu zmieniła się. Z treści wynikało, że niewielka firma farmaceutyczna PoPo Ltd wypuściła na rynek urządzenie, które całkowicie zrewolucjonizuje terapię diabetyków. Gruba na mniej niż centymetr opaska została wykonana w całości z tworzyw sztucznych i po założeniu na przedramię przejmowała pełną kontrolę nad dozowaniem insuliny. Wymienny wkład wystarczał na ponad trzy miesiące pracy bez zdejmowania. Urządzenie było wstrząso- i wodoodporne oraz wytrzymywało ciśnienie do dziesięciu atmosfer, co umożliwiało nawet płytkie nurkowania. Szczęśliwy cukrzyk z akwalungiem i olbrzymią rybą na srebrnej kuszy celował palcem w c.#ka. Napis pod zdjęciem brzmiał: „Zamów, Załóż i Zapomnij”. Tekst „Zamów” był linkiem. C.#ek dotknął go i natychmiast przeskoczył do kwestionariusza zamówienia sieciowego. Dowiedział się z niego, że po wypełnieniu i przesłaniu formularza, urządzenie dochodziło do adresata przeciętnie w ciągu trzech dni, od razu gotowe do użycia. Inteligentny doktor w okularach ze złoconymi ramkami szczerzył zęby z ekranu. Reklamowy bełkot pod zdjęciem niewiele się różnił od poprzednich: „Zamów teraz, Załóż za trzy dni, ale że masz (przekreślone) miałeś (pogrubione) cukrzycę, Zapomnij od razu”.
C.#ek osuszył szklankę i rozpłaszczył resztki niedopałka o kant popielnicy, ale zrobił to tylko po to, żeby przypalić nowego camela. Później założył ręce za głowę, odchylił się do tyłu i przez chwilę bujał na dwóch nogach, wypuszczając kłęby dymu. Namysł przerwało stukanie.
– Długo jeszcze? – zapytała Irina przez drzwi. – Nudno mi.
– Zaraz skończę. – odparł c.#ek, po czym wrócił do pozycji horyzontalnej i położył dłonie na padzie.  – Camel, zrób klawiaturę.
Zmiana wystroju jak zwykle odbyła się bardzo szybko i przez następne kilka minut mężczyzna wprowadzał wszystkie potrzebne informację. Gdy skończył, odchylił się na krześle i jeszcze raz przeleciał wzrokiem dane.
– OK, Camel. Wyślij to.
Kwestionariusz oddalił się, złożył w kopertę i wsunął do żółtej skrzynki pocztowej, której natychmiast wyrosły skrzydła. Zamachała nimi jak budzący się ze snu łabędź i pofrunęła w głąb ekranu. Robiła się coraz mniejsza i mniejsza, aż w końcu w ogóle znikła z pola widzenia. Po chwili powróciła, ale przez przeźroczystą ściankę z przodu widać było, że w środku nie ma nic.
– Zadanie wykonane – zameldował Camel. W następnej chwili dał się słyszeć dźwięk fanfar i z boku ekranu wmaszerował fioletowy ludzik z napisem PoPo na piersiach. Na środku zatrzymał się, ukłonił i pomachał mu ręką.
– Nazywam się PoPo i dziękuję ci za wybranie produktu firmy PoPo Ltd – powiedział, zabawnie ruszając mordką.
– Nie ma za co. – C.#ek uśmiechnął się kwaśno, a później, gdy ludzik zniknął za lewą krawędzią, przetarł zmęczone oczy, przeciągnął się i ziewnął przeciągle. – OK, Camel. Rozłącz się. – Nie czekając na efektowną animację kończącą sesję, zamknął pada i biorąc go pod pachę, skierował kroki w stronę sypialni.
Irina leżała na środku wielkiego prezydenckiego łoża i patrząc w sufit, popijała szampana i majtała nogami jak mała dziewczynka. Koronkowa biała bielizna podkreślała pełne kształty. Gdy zobaczyła c.#ka, odstawiła kieliszek na stolik, założyła rękę pod głowę i uśmiechnęła się. Pokryte błyszczącą szminką usta kontrastowały z oczami ciemnymi jak płodny ukraiński czarnoziem.
– O, Henry. Nareszcie. Myślałem, że umrę tu z nudów. Co ty tam robiłeś?
C.#ek nie odpowiedział. Zamknął drzwi, położył pada na stoliku i podszedł bliżej. Gdy znalazł się przy niej, usiadł na brzegu łóżka i patrzył tak jak starzy faceci mogą patrzeć na młode panienki. Milczał, a ona uśmiechała się zalotnie. Po chwili lewą ręką objął ją za szyję, nachylił się i zbliżył do ust. Przewidziała ten ruch i zwinnie usunęła się.
– Bez całowania, świntuszku.
Nastrój prysł. C.#ek wstał i zaczął się rozbierać. Gdy zdjął koszulę, spojrzał najpierw na swój obwisły brzuch, a później na Irinę.
– Zgaś światło.
– A co, nie podobam ci się? – Rozłożyła ręce i przeciągnęła się jak rozleniwiony kociak.
– Bardzo mi się podobasz.
– Aha, Henry wstydzi się brzusia – zaśmiała się i przeturlała w jego stronę. – Wielki brzuch małej świnki. Chodź tu do mnie, prosiaczku, no chodź. – Wprawnym ruchem założyła mu prezerwatywę i wciągnęła do łóżka. Powstało niewielkie zamieszanie, ale przeobrażenie trwało krótko i już po chwili dziwny smok z dwiema głowami i ośmioma kończynami szalał po całej pościeli. Ciekawe przy tym było, że jedna z jego głów, ta łysiejąca i siwa, sapała i dyszała, jakby brała udział w biegu maratońskim; ta druga wręcz przeciwnie: spokojnie leżała i gapiła się w sufit, podłogę, biurko lub okno, w zależności od pozycji, w jakiej znalazł się potwór. Po pięciu minutach wyczerpujących zmagań z samym sobą smok zaczął konać. Siwy łeb wyraźnie poczerwieniał, na czoło wystąpiły żyły, a z gardzieli dobywał się przedśmiertny charkot. Blond głowa spojrzała na swoją łysiejącą kumpelkę i też zaczęła charkotać, ale jakoś sztucznie, bez przekonania, jakby tylko chciała wspomóc duchowo towarzyszkę niedoli.
Po agonii smok rozpadł się na dwie części i nastąpiła cisza. Irina przewróciła się na bok i wypięła tyłek w stronę c.#ka. Podpełzł i oplótł jej ciało: jedna ręka zacisnęła się na piersiach, druga objęła brzuch, dociskając gorący zad prostytutki do sflaczałego podbrzusza. Później przycisnął twarz do jej karku i chciwie wciągając w nozdrza woń rozgrzanego ciała i drogich perfum, pogrążył się w błogiej pustce.
Przez jakiś czas leżeli bez słowa. Pierwsza poruszyła się Irina.
– Chcesz zapalić?
– Tak. Przypal mi.
Usiadła na brzegu łóżka i wyciągnęła z paczki dwa camele.
– Pal na zdrowie – zaśmiała się, podając mu tlącego się papierosa.
C.#ek podniósł się i przez dłuższą chwilę oboje siedzieli w półmroku, opierając się o ramę łóżka. Nogi wyciągnięte przed siebie. W środku popielniczka. Mężczyzna objął dziewczynę ramieniem. Nie zareagowała, gapiąc się bez celu przed siebie.
Palili w ciszy.
Anioł miłości sfrunął i przysiadł na krawędzi stołu. Patrzył na dwójkę obcych sobie ludzi, dopóki oczy nie zaszły mu łzami. Wtedy wyjął spod skrzydeł chustkę szytą ze skrawków nieba i wysmarkał perkaty nosek. Później pokręcił z niedowierzaniem blond główką i odleciał w zimną petersburską noc.
– Zostaniesz na dłużej? – przerwał milczenie c.#ek.
– Pora jeszcze wczesna. Pracy dużo – zaśmiała się Irina, a potem wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Działała z wprawą i po niecałej minucie była prawie odziana. Pozostały tylko szpileczki.
Mężczyzna obserwował ją w milczeniu, a wiszący z kącika ust papieros wysnuwał z siebie cienką strużkę dymu. Po jakimś czasie splecione na zbyt otłuszczonym brzuchu dłonie poruszyły się.
– Jakie to wszystko wstrętne – wyszeptał.
– Co mówiłeś, Henry?
Patrzył na nią nieobecnym wzrokiem.
– Henry!
– Tak? – ocknął się c.#ek.
– Co mówiłeś?
– Eeeh... pytałem, co znaczy „sobakie sobaczia smiert’”
– Co? – Dziewczyna dopięła pantofle, wyprostowała się i uniosła brwi.
– Sobakie sobaczia smiert’
– Aha. Cобаке собачья смерть – zaśmiała się, korygując błędy wymowy. – Hm. Jakby to przetłumaczyć. Hm. – Podrapała się pod brodą. – Psu psia śmierć – powiedziała po chwili i zaśmiała się. –  Да, хорошо. Cобаке собачья смерть это просто: psu psia śmierć.
– Psu psia śmierć?
– Tak. – Całkowicie ubrana podeszła do wyjścia.
– Ale co to znaczy, Irina? To jakieś wasze przysłowie?
– Nie mam bladego pojęcia. Pierwszy raz słyszę. Dobranoc, Henry.
Drzwi się zamknęły. C.#ek zgasił papierosa, opadł na łóżko i przez dłuższy czas leżał, gapiąc się w sufit.
– Psu psia śmierć – powiedział wreszcie na głos i zasnął, ale spał tej nocy źle. Wyjątkowo źle.

[ na górę strony ] [następny rozdział » ]
 

< strona 4 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.