| |
|
Klawisze
schowały się, a z płaskiej powierzchni wynurzył się skomplikowany układ
kolorowych strzałek i przycisków o różnych kształtach i kolorach. W tym
samym czasie na ekranie pojawił się wirujący symbol „O3”.
Logo w
kształcie trójatomowej cząsteczki tlenu zajmowało centralne miejsce i
było otoczone wielobarwnymi napisami w cyrylicy. C.#ek po krótkiej
lekturze wypatrzył na dole jedyny tekst, który rozumiał: English Version. Odetchnął i dotknął go palcem. Alfabet
zmienił się na łaciński, a język na angielski. Zamiast znaku „O3” pojawił się wyraz PoPo. Napis pod nim
brzmiał: Put
On & Put Out, a pełny
slogan głosił: Put the armband On
your hand & Put diabetes Out of your mind.
– Nawet „zaplati” pasuje –
mruknął c.#ek i zaczął przetrząsać witrynę.
Na kolejnych stronach
zaglądał w twarze rozradowanych cukrzyków z urządzeniem długości około
piętnastu centymetrów na przedramieniu. Ludzie w różnym wieku skakali
na spadochronach, brali udział w wyścigach terenowych, latali na
promach kosmicznych, uprawiali seks, nurkowali, trenowali wschodnie
sztuki walki, trzymali się za ręce na tle zachodzącego słońca,
jeździli na nartach wodnych i siedzieli przy ogniskach, piekąc
szaszłyki nad wesoło buzującym ogniem. Wszyscy nosili opaski na
przedramionach i wszyscy się uśmiechali.
– Jedna szczęśliwa rodzina. –
W głosie c.#ka było mniej więcej tyle samo entuzjazmu co w mowie
dziękczynnej gwałciciela, którego poinformowano, że wskutek
ułaskawienia zamiast stryczka czeka go kastracja.
Gdy nacisnął zieloną
strzałkę, zawartość ekranu zmieniła się. Z treści wynikało, że
niewielka firma farmaceutyczna PoPo Ltd wypuściła na rynek urządzenie,
które całkowicie zrewolucjonizuje terapię diabetyków. Gruba na mniej
niż centymetr opaska została wykonana w całości z tworzyw sztucznych i
po założeniu na przedramię przejmowała pełną kontrolę nad dozowaniem
insuliny. Wymienny wkład wystarczał na ponad trzy miesiące pracy bez
zdejmowania. Urządzenie było wstrząso- i wodoodporne oraz wytrzymywało
ciśnienie do dziesięciu atmosfer, co umożliwiało nawet płytkie
nurkowania. Szczęśliwy cukrzyk z akwalungiem i olbrzymią rybą na
srebrnej kuszy celował palcem w c.#ka. Napis pod zdjęciem brzmiał:
„Zamów, Załóż i Zapomnij”. Tekst „Zamów” był linkiem. C.#ek dotknął go
i natychmiast przeskoczył do kwestionariusza zamówienia sieciowego.
Dowiedział się z niego, że po wypełnieniu i przesłaniu formularza,
urządzenie dochodziło do adresata przeciętnie w ciągu trzech dni, od
razu gotowe do użycia. Inteligentny doktor w okularach ze złoconymi
ramkami szczerzył zęby z ekranu. Reklamowy bełkot pod zdjęciem niewiele
się różnił od poprzednich: „Zamów teraz, Załóż za trzy dni, ale że masz
(przekreślone) miałeś (pogrubione) cukrzycę, Zapomnij od razu”.
C.#ek osuszył szklankę i
rozpłaszczył resztki niedopałka o kant popielnicy, ale zrobił to tylko
po to, żeby przypalić nowego camela. Później założył ręce za głowę,
odchylił się do tyłu i przez chwilę bujał na dwóch nogach, wypuszczając
kłęby dymu. Namysł przerwało stukanie.
– Długo jeszcze? – zapytała
Irina przez drzwi. – Nudno mi.
– Zaraz skończę. – odparł
c.#ek, po czym wrócił do pozycji horyzontalnej i położył dłonie na
padzie. – Camel, zrób klawiaturę.
Zmiana wystroju jak zwykle
odbyła się bardzo szybko i przez następne kilka minut mężczyzna
wprowadzał wszystkie potrzebne informację. Gdy skończył, odchylił się
na krześle i jeszcze raz przeleciał wzrokiem dane.
– OK, Camel. Wyślij to.
Kwestionariusz oddalił się,
złożył w kopertę i wsunął do żółtej skrzynki pocztowej, której
natychmiast wyrosły skrzydła. Zamachała nimi jak budzący się ze snu
łabędź i pofrunęła w głąb ekranu. Robiła się coraz mniejsza i mniejsza,
aż w końcu w ogóle znikła z pola widzenia. Po chwili powróciła, ale
przez przeźroczystą ściankę z przodu widać było, że w środku nie ma nic.
– Zadanie wykonane –
zameldował Camel. W następnej chwili dał się słyszeć dźwięk fanfar i z
boku ekranu wmaszerował fioletowy ludzik z napisem PoPo na piersiach.
Na środku zatrzymał się, ukłonił i pomachał mu ręką.
– Nazywam się PoPo i dziękuję
ci za wybranie produktu firmy PoPo Ltd – powiedział, zabawnie ruszając
mordką.
– Nie ma za co. – C.#ek
uśmiechnął się kwaśno, a później, gdy ludzik zniknął za lewą krawędzią,
przetarł zmęczone oczy, przeciągnął się i ziewnął przeciągle. – OK,
Camel. Rozłącz się. – Nie czekając na efektowną animację kończącą
sesję, zamknął pada i biorąc go pod pachę, skierował kroki w stronę
sypialni.
Irina leżała na środku
wielkiego prezydenckiego łoża i patrząc w sufit, popijała szampana i
majtała nogami jak mała dziewczynka. Koronkowa biała bielizna
podkreślała pełne kształty. Gdy zobaczyła c.#ka, odstawiła kieliszek na
stolik, założyła rękę pod głowę i uśmiechnęła się. Pokryte błyszczącą
szminką usta kontrastowały z oczami ciemnymi jak płodny ukraiński
czarnoziem.
– O, Henry. Nareszcie.
Myślałem, że umrę tu z nudów. Co ty tam robiłeś?
C.#ek nie odpowiedział.
Zamknął drzwi, położył pada na stoliku i podszedł bliżej. Gdy znalazł
się przy niej, usiadł na brzegu łóżka i patrzył tak jak starzy faceci
mogą patrzeć na młode panienki. Milczał, a ona uśmiechała się zalotnie.
Po chwili lewą ręką objął ją za szyję, nachylił się i zbliżył do ust.
Przewidziała ten ruch i zwinnie usunęła się.
– Bez całowania, świntuszku.
Nastrój prysł. C.#ek wstał i
zaczął się rozbierać. Gdy zdjął koszulę, spojrzał najpierw na swój
obwisły brzuch, a później na Irinę.
– Zgaś światło.
– A co, nie podobam ci się? –
Rozłożyła ręce i przeciągnęła się jak rozleniwiony kociak.
– Bardzo mi się podobasz.
– Aha, Henry wstydzi się
brzusia – zaśmiała się i przeturlała w jego stronę. – Wielki brzuch
małej świnki. Chodź tu do mnie, prosiaczku, no chodź. – Wprawnym ruchem
założyła mu prezerwatywę i wciągnęła do łóżka. Powstało niewielkie
zamieszanie, ale przeobrażenie trwało krótko i już po chwili dziwny
smok z dwiema głowami i ośmioma kończynami szalał po całej pościeli.
Ciekawe przy tym było, że jedna z jego głów, ta łysiejąca i siwa,
sapała i dyszała, jakby brała udział w biegu maratońskim; ta druga
wręcz przeciwnie: spokojnie leżała i gapiła się w sufit, podłogę,
biurko lub okno, w zależności od pozycji, w jakiej znalazł się potwór.
Po pięciu minutach wyczerpujących zmagań z samym sobą smok zaczął
konać. Siwy łeb wyraźnie poczerwieniał, na czoło wystąpiły żyły, a z
gardzieli dobywał się przedśmiertny charkot. Blond głowa spojrzała na
swoją łysiejącą kumpelkę i też zaczęła charkotać, ale jakoś sztucznie,
bez przekonania, jakby tylko chciała wspomóc duchowo towarzyszkę
niedoli.
Po agonii smok rozpadł się na
dwie części i nastąpiła cisza. Irina przewróciła się na bok i wypięła
tyłek w stronę c.#ka. Podpełzł i oplótł jej ciało: jedna ręka zacisnęła
się na piersiach, druga objęła brzuch, dociskając gorący zad
prostytutki do sflaczałego podbrzusza. Później przycisnął twarz do jej
karku i chciwie wciągając w nozdrza woń rozgrzanego ciała i drogich
perfum, pogrążył się w błogiej pustce.
Przez jakiś czas leżeli bez
słowa. Pierwsza poruszyła się Irina.
– Chcesz zapalić?
– Tak. Przypal mi.
Usiadła na brzegu łóżka i
wyciągnęła z paczki dwa camele.
– Pal na zdrowie – zaśmiała
się, podając mu tlącego się papierosa.
C.#ek podniósł się i przez
dłuższą chwilę oboje siedzieli w półmroku, opierając się o ramę łóżka.
Nogi wyciągnięte przed siebie. W środku popielniczka. Mężczyzna objął
dziewczynę ramieniem. Nie zareagowała, gapiąc się bez celu przed siebie.
Palili w ciszy.
Anioł miłości sfrunął i
przysiadł na krawędzi stołu. Patrzył na dwójkę obcych sobie ludzi,
dopóki oczy nie zaszły mu łzami. Wtedy wyjął spod skrzydeł chustkę
szytą ze skrawków nieba i wysmarkał perkaty nosek. Później pokręcił z
niedowierzaniem blond główką i odleciał w zimną petersburską noc.
– Zostaniesz na dłużej? –
przerwał milczenie c.#ek.
– Pora jeszcze wczesna. Pracy
dużo – zaśmiała się Irina, a potem wstała z łóżka i zaczęła się
ubierać. Działała z wprawą i po niecałej minucie była prawie odziana.
Pozostały tylko szpileczki.
Mężczyzna obserwował ją w
milczeniu, a wiszący z kącika ust papieros wysnuwał z siebie cienką
strużkę dymu. Po jakimś czasie splecione na zbyt otłuszczonym brzuchu
dłonie poruszyły się.
– Jakie to wszystko wstrętne
– wyszeptał.
– Co mówiłeś, Henry?
Patrzył na nią nieobecnym
wzrokiem.
– Henry!
– Tak? – ocknął się c.#ek.
– Co mówiłeś?
– Eeeh... pytałem, co znaczy
„sobakie sobaczia smiert’”
– Co? – Dziewczyna dopięła
pantofle, wyprostowała się i uniosła brwi.
– Sobakie sobaczia smiert’
– Aha. Cобаке собачья смерть – zaśmiała się, korygując błędy wymowy.
– Hm. Jakby to przetłumaczyć. Hm. – Podrapała się pod brodą. – Psu psia
śmierć – powiedziała po chwili i zaśmiała się. – Да, хорошо. Cобаке
собачья смерть это просто:
psu psia śmierć.
– Psu psia śmierć?
– Tak. – Całkowicie ubrana
podeszła do wyjścia.
– Ale co to znaczy, Irina? To
jakieś wasze przysłowie?
– Nie mam bladego pojęcia.
Pierwszy raz słyszę. Dobranoc, Henry.
Drzwi się zamknęły. C.#ek
zgasił papierosa, opadł na łóżko i przez dłuższy czas leżał, gapiąc się
w sufit.
– Psu psia śmierć –
powiedział wreszcie na głos i zasnął, ale spał tej nocy źle. Wyjątkowo
źle.
strona 4 z 4
|
|
|