| |
|
– Bardzo proszę. Nie poznałem Jego
Wysokości.
– Nie jestem Jego Wysokością – odpowiedział oschle gość. – Jestem
zamożny.
– Jak pan sobie życzy. – Padalec wydzielił trochę wazeliny tak na
wszelki wypadek. Ostatecznie nigdy nie wiadomo, z kim ma się do
czynienia, gdy gość płaci osiemset euro za dobę.
Mężczyzna oparł się o kontuar i ściągnął futrzaną czapę. W lustrze
naprzeciw zauważył pokryte zmarszczkami oblicze pięćdziesięciolatka.
Zaczesał przerzedzone włosy do tyłu, a później zdjął płaszcz i położył
go na kontuarze.
– Niech ktoś to zaniesie do mego pokoju.
– Oczywiście, proszę pana.
– Muszę się odprężyć – dodał półgłosem ni to do siebie, ni to do
portiera.
– Rozumiem. – Uśmiech padalca zrobił się bardziej szelmowski.
– Nic pan nie rozumie.
Portier przygasł i zwieszając głowę, sięgnął po okrycie.
– Proszę zaczekać.
Gdy zsuwający się z lady płaszcz znieruchomiał, mężczyzna zanurzył w
nim rękę i odnalazł kopertę. Obejrzał ją pobieżnie i wsunął do
wewnętrznej kieszeni marynarki. Później odwrócił się i ruszył w stronę
otaczających recepcję schodów. Na półpiętrze znajdował się czynny całą
dobę bar hotelowy. Mijając przeszklone drzwi poprawił klapy i rozpiął
jeszcze jeden guzik koszuli, tak żeby zdobiący szyję złoty łańcuch stał
się bardziej widoczny.
– Cola bez cukru – rzucił w próżnię, sadowiąc się na wysokim stołku.
Długi kontuar ciągnął się w nieskończoność. Nieco na prawo wypatrzył
kilka samotnych ciem barowych, a z nimi ze dwie pary.
– Lód? Cytryna? – Młody barman wyrósł jak spod ziemi. Biały uniform i
złote epolety na ramionach upodabniały go do carskiego adiutanta.
– Dużo lodu i plaster cytryny.
Gdy chłopak wniósł napój, mężczyzna podziękował mu skinieniem głowy i
popijając przez słomkę zaczął podziwiać reklamy alkoholu na ścianie
naprzeciw lady. Aromat palonych papierosów przyjemnie łączył się z
zapachem kobiecych perfum i woniami pieczonego mięsa, a za sobą czuł
dudniące basy dyskoteki i słodkawy dym wydobywający się z estradowych
dmuchaw.
– Ognia? – Barman był naprawdę niezły. Propozycja dopadła jego rękę w
połowie drogi do paczki cameli.
– Dziękuję – odparł i zaciągnął się. Pierwszy haust dymu sprawił mu
ogromną przyjemność. Wydmuchał go szeroko i sięgnął do kieszeni.
Czerwony napis „Оденъ & Забудъ”
na awersie ciągnął się przez całą długość. Odwrócił kopertę na drugą
stronę i przyjrzał się uważnie pieczęci. Zastanawiał się właśnie, co
może oznaczać symbol „O3”, gdy poczuł lekkie klepnięcie w
ramię.
– Hej, jak ci na imię? – Dziewczyna wyglądała na nie więcej niż
dwadzieścia lat. Włosy miała ufarbowane na blond, a podkreślone
jasnoróżową szminką usta i pełna buzia upodabniały ją do
rozkapryszonego dziecka.
– Obróć się – powiedział.
– Co!?
– Nic. Po prostu się obróć.
– Po co? – Dziewczyna roześmiała się. Nie była w tym barze pierwszy
raz, a już na pewno nie pierwszy raz pytała nieznajomych mężczyzn o
imię.
– Lubię dokładnie obejrzeć, zanim coś postawię
– Chyba nie mam się czego wstydzić? – W łamanej angielszczyźnie
pobrzmiewał silny słowiański akcent. Głos miała chropowaty i lekko
zdarty. Trochę się to gryzło z niewinnym wyrazem twarzy. Zrobiła krok w
tył, a potem obciągnęła sięgającą do połowy ud czerwoną sukienkę i
poszerzyła uśmiech. Mimo pewnej siebie miny, jej ciało mówiło, że czuje
się skrępowana. Mężczyzna nie wiedział dlaczego. Bawełniana kiecka
opinała ciasno smukłą kibić, podkreślając duże piersi i wystające
pośladki. Była niezbyt wysoka, łydki miała cienkie, a uda grube.
Dokładnie tak, jak lubił. Wskazał jej miejsce obok siebie.
– Siadaj!
Najpierw położyła na kontuarze niewielką torebkę. Wgramolenie się na
stołek zajęło jej trochę dłużej.
– Jak ci na imię? – zapytał.
– Irina. A tobie?
– Słucham? – Mężczyzna wyglądał, jakby zapytała go o kolejność
prehistorycznych epok w rozwoju Ziemi.
– No, imię. Jak się nazywasz?
– Aha imię. Eeeh... Henry. OK. Mów do mnie Henry.
– Henry! – Kąciki różowych ust uniosły się do góry. Dużo zyskiwała przy
uśmiechu. Razem z błyskiem zębów w pyzatych policzkach pojawiły się
dołeczki.
– Co, Irina?
– Jesteś lekarzem. Prawda?
Mężczyzna zmrużył oczy i taksował ją badawczo. Po chwili na twarz
spłynął mu grymas, który przy dobrych chęciach ze strony obserwatora
mógłby uchodzić za uśmiech. – Jak na to wpadłaś?
– Domyśliłam się po prostu. Pełno tu dzisiaj lekarzy. Zlot jakiś
nerkochirurgów.
– Masz na myśli neurochirurgów?
– No przecież mówię.
– No widzisz, jaka jesteś bystra. Strach się bać. – Mężczyzna poprawił
złoty łańcuch na szyi i mrugnął do niej z miną samca alfa w stadzie
goryli. Później zaciągnął się camelem i gestem dłoni przywołał barmana.
Nie wychwyciła kpiącego tonu.
– No to czego się napijesz? – zapytał.
– Szampana.
– Irina, wstydź się. – Świeżo ochrzczony imieniem Henry okazał się
jednak znacznie bystrzejszy niż typowy samiec dominujący. Odchylił do
tyłu siwą głowę i parsknął śmiechem. – Ledwo się znamy, a już mnie
naciągasz. Poczekaj trochę. Noc jeszcze długa. Powiedz, na co masz
naprawdę ochotę.
Przez sekundę nastoletni podlotek spoglądał na niego lodowatym okiem
zaprawionej w seksbojach ryczącej czterdziestki. Później w ładnej buzi
znów pojawiły się dołeczki, a na twarz spłynęła niewinność dziewicy
wielokrotnego użycia.
– No to, jak już taki konkretny jesteś, Henry, to zamów mi setkę
absolutu, parówki w sosie pomidorowym, kawior na grzance i śledzika na
koniec.
– No widzisz – zaśmiał się. – To lubię. Szczerość to podstawa
wszystkich związków. Słyszał pan? – zwrócił się do barmana.
– Tak. Szczerość to podstawa wszystkich związków.
– Nie to – przerwał mu gestem dłoni. – Pytam, czy słyszał pan życzenia
panienki?
Chłopak pokiwał twierdząco głową.
– To proszę podać.
Barman pochylił się, zapisał w bloczku zamówienie i wyrwał kartkę z
zamiarem zaniesienia jej na zaplecze. Gdy zauważył, że gość się waha,
znieruchomiał i popatrzył na niego pytająco.
– Od jednego przecież nie umrę – mruknął mężczyzna. Później zaciągnął
się głęboko, wypuścił dym i zwrócił w stronę kontuaru. – Jeszcze
pięćdziesiątka tequili z solą i ćwiartką cytryny.
Chłopak skinął głową, dopisał do rachunku nową pozycję i zniknął za
kotarą. Gdy pojawił się ponownie, Irina śmiała się hałaśliwie z jakiejś
opowieści nieznajomego. Stawiając na ladzie zamówione przekąski i
napoje, mrugnął do niej, jakby znali się od dawna. Dziewczyna zauważyła
ten gest i też puściła do niego oko, ale klient niczego nie zauważył.
Posypał tylko gruboziarnistą solą wierzch dłoni, zlizał ją jak
prawdziwy jeleń i ujął w dłoń kieliszek.
– No, Irina, wypijmy – Opróżnił szkło. Meksykańska wódka paliła
przełyk, więc natychmiast wgryzł się w ząbek cytryny. – Uch, dobrze
wchodzi. Nie?
Dziewczyna odstawiła kieliszek, chuchnęła z wprawą i zagryzła
prasowanym kawiorem. Dopiero wtedy pokiwała głową na „tak”, a potem
wzięła się za grzankę. Mężczyzna odłożył wyssaną cytrynkę na talerzyk i
popatrzył jej w oczy.
– A tak à propos szczerości w związkach, to powiedz mi szczerze, Irina,
co to jest „O3”? To jakieś ruskie święto albo loteria?
Może coś
takiego jak u nas Halloween? No wiesz, o czym mówię?
– O trzy? – Dziewczyna najpierw przytaknęła, a potem przełknęła zakąskę
i uniosła brwi. Podał jej otwartą kopertę. Rozprostowała ją na ladzie i
przez moment niezdarnie poruszała ustami.
– To nie żadne „trzy”, tylko nasze „zet” – stwierdziła po jakimś czasie.
– Wasze „zet”?
– No nasze, to znaczy rosyjskie. „O3” to skrót od „Оденъ и Забудъ”.
– Odeń i zabud’? – Mężczyzna próbował naśladować, jej miękką wymowę,
ale wychodziło to raczej mizernie.
– No, załóż i zapomnij. Coś jakby slogan – odparła Irina i nagle
wybuchnęła śmiechem. – Ha, ha, ha. To prawie tak jak ze mną. Tylko
brakuje jeszcze jednego „zet” z przodu.
– „Zet” z przodu?
– Tak. Powinno być „ЗOЗ”, czyli „zaplati, oden’ i zabud’”. Znaczy,
zapłać mi, załóż gumę i zapomnij o całym świecie. – Z odchyloną głową i
lekko zarumienioną od alkoholu twarzą wyglądała jak antyczna bogini
rozpusty. Nieznajomy zawiesił oko na jej biuście. Sutki mocno wpijały
się w sukienkę. Po sekundzie obserwacji przełknął ślinę jak wygłodzony
pies i spojrzał przed siebie. W wypolerowanej powierzchni pomiędzy
butelką stocka i whisky Black & White zobaczył znużoną życiem twarz
starzejącego się mężczyzny. Przyczesał włosy i nim Irina spostrzegła
jego przygnębienie, nadał twarzy przyjazny wyraz.
– A, to takie z ciebie ziółko – powiedział żartobliwym tonem. –
Zapłacić ci trzeba.
– Ano trzeba. Nic za darmo.
Dziewczyna uniosła brwi, zrobiła buzię w ciup i obydwoje wybuchnęli
śmiechem, jakby chcieli zatuszować niezręczność całej sytuacji i fakt,
że to, co teraz wyszło niby przez przypadek, było wiadome od samego
początku: on, stary, nieapetyczny Anglik, i ona, młoda, piękna
Rosjanka, zawarli bez słów finansowo-towarzyskie zobowiązanie w
momencie, gdy klepnęła go w ramię, a on udał, że to jest normalne.
Teraz tylko potwierdzili ten niepisany układ w bardziej formalny
sposób. Przestali się śmiać prawie jednocześnie i zapanowała cisza
przerywana jedynie odgłosami muzyki. Na znajdującym się za ich plecami
parkiecie tańczyło nie więcej niż kilka par.
– Po co ci ta koperta? – zapytała dziewczyna po jakimś czasie.
– To dobre pytanie, Irina. Ty mi to powiedz.
Pochyliła się nad tekstem. Mamroczące po dziecinnemu usta kwalifikowały
ją do powtórnej edukacji na poziomie szkoły podstawowej.
– Jesteś cukrzykiem? – zapytała po chwili.
strona 2 z 4
|
|
|