Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY
 
   2. O3 | PoPo 4 c.#ek  
 

strona [«][](2 z 4)[][»]     

 
 
 
 

 
Bardzo proszę. Nie poznałem Jego Wysokości.
– Nie jestem Jego Wysokością – odpowiedział oschle gość. – Jestem zamożny.
– Jak pan sobie życzy. – Padalec wydzielił trochę wazeliny tak na wszelki wypadek. Ostatecznie nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia, gdy gość płaci osiemset euro za dobę.
Mężczyzna oparł się o kontuar i ściągnął futrzaną czapę. W lustrze naprzeciw zauważył pokryte zmarszczkami oblicze pięćdziesięciolatka. Zaczesał przerzedzone włosy do tyłu, a później zdjął płaszcz i położył go na kontuarze.
– Niech ktoś to zaniesie do mego pokoju.
– Oczywiście, proszę pana.
– Muszę się odprężyć – dodał półgłosem ni to do siebie, ni to do portiera.
– Rozumiem. – Uśmiech padalca zrobił się bardziej szelmowski.
– Nic pan nie rozumie.
Portier przygasł i zwieszając głowę, sięgnął po okrycie.
– Proszę zaczekać.
Gdy zsuwający się z lady płaszcz znieruchomiał, mężczyzna zanurzył w nim rękę i odnalazł kopertę. Obejrzał ją pobieżnie i wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Później odwrócił się i ruszył w stronę otaczających recepcję schodów. Na półpiętrze znajdował się czynny całą dobę bar hotelowy. Mijając przeszklone drzwi poprawił klapy i rozpiął jeszcze jeden guzik koszuli, tak żeby zdobiący szyję złoty łańcuch stał się bardziej widoczny.
– Cola bez cukru – rzucił w próżnię, sadowiąc się na wysokim stołku. Długi kontuar ciągnął się w nieskończoność. Nieco na prawo wypatrzył kilka samotnych ciem barowych, a z nimi ze dwie pary.
– Lód? Cytryna? – Młody barman wyrósł jak spod ziemi. Biały uniform i złote epolety na ramionach upodabniały go do carskiego adiutanta.
– Dużo lodu i plaster cytryny.
Gdy chłopak wniósł napój, mężczyzna podziękował mu skinieniem głowy i popijając przez słomkę zaczął podziwiać reklamy alkoholu na ścianie naprzeciw lady. Aromat palonych papierosów przyjemnie łączył się z zapachem kobiecych perfum i woniami pieczonego mięsa, a za sobą czuł dudniące basy dyskoteki i słodkawy dym wydobywający się z estradowych dmuchaw.
– Ognia? – Barman był naprawdę niezły. Propozycja dopadła jego rękę w połowie drogi do paczki cameli.
– Dziękuję – odparł i zaciągnął się. Pierwszy haust dymu sprawił mu ogromną przyjemność. Wydmuchał go szeroko i sięgnął do kieszeni. Czerwony napis „Оденъ & Забудъ” na awersie ciągnął się przez całą długość. Odwrócił kopertę na drugą stronę i przyjrzał się uważnie pieczęci. Zastanawiał się właśnie, co może oznaczać symbol „O3”, gdy poczuł lekkie klepnięcie w ramię.
– Hej, jak ci na imię? – Dziewczyna wyglądała na nie więcej niż dwadzieścia lat. Włosy miała ufarbowane na blond, a podkreślone jasnoróżową szminką usta i pełna buzia upodabniały ją do rozkapryszonego dziecka.
– Obróć się – powiedział.
– Co!?
– Nic. Po prostu się obróć.
– Po co? – Dziewczyna roześmiała się. Nie była w tym barze pierwszy raz, a już na pewno nie pierwszy raz pytała nieznajomych mężczyzn o imię.
– Lubię dokładnie obejrzeć, zanim coś postawię
– Chyba nie mam się czego wstydzić? – W łamanej angielszczyźnie pobrzmiewał silny słowiański akcent. Głos miała chropowaty i lekko zdarty. Trochę się to gryzło z niewinnym wyrazem twarzy. Zrobiła krok w tył, a potem obciągnęła sięgającą do połowy ud czerwoną sukienkę i poszerzyła uśmiech. Mimo pewnej siebie miny, jej ciało mówiło, że czuje się skrępowana. Mężczyzna nie wiedział dlaczego. Bawełniana kiecka opinała ciasno smukłą kibić, podkreślając duże piersi i wystające pośladki. Była niezbyt wysoka, łydki miała cienkie, a uda grube. Dokładnie tak, jak lubił. Wskazał jej miejsce obok siebie.
– Siadaj!
Najpierw położyła na kontuarze niewielką torebkę. Wgramolenie się na stołek zajęło jej trochę dłużej.
– Jak ci na imię? – zapytał.
– Irina. A tobie?
– Słucham? – Mężczyzna wyglądał, jakby zapytała go o kolejność prehistorycznych epok w rozwoju Ziemi.
– No, imię. Jak się nazywasz?
– Aha imię. Eeeh... Henry. OK. Mów do mnie Henry.
– Henry! – Kąciki różowych ust uniosły się do góry. Dużo zyskiwała przy uśmiechu. Razem z błyskiem zębów w pyzatych policzkach pojawiły się dołeczki.
– Co, Irina?
– Jesteś lekarzem. Prawda?
Mężczyzna zmrużył oczy i taksował ją badawczo. Po chwili na twarz spłynął mu grymas, który przy dobrych chęciach ze strony obserwatora mógłby uchodzić za uśmiech. – Jak na to wpadłaś?
– Domyśliłam się po prostu. Pełno tu dzisiaj lekarzy. Zlot jakiś nerkochirurgów.
– Masz na myśli neurochirurgów?
– No przecież mówię.
– No widzisz, jaka jesteś bystra. Strach się bać. – Mężczyzna poprawił złoty łańcuch na szyi i mrugnął do niej z miną samca alfa w stadzie goryli. Później zaciągnął się camelem i gestem dłoni przywołał barmana. Nie wychwyciła kpiącego tonu.
– No to czego się napijesz? – zapytał.
– Szampana.
– Irina, wstydź się. – Świeżo ochrzczony imieniem Henry okazał się jednak znacznie bystrzejszy niż typowy samiec dominujący. Odchylił do tyłu siwą głowę i parsknął śmiechem. – Ledwo się znamy, a już mnie naciągasz. Poczekaj trochę. Noc jeszcze długa. Powiedz, na co masz naprawdę ochotę.
Przez sekundę nastoletni podlotek spoglądał na niego lodowatym okiem zaprawionej w seksbojach ryczącej czterdziestki. Później w ładnej buzi znów pojawiły się dołeczki, a na twarz spłynęła niewinność dziewicy wielokrotnego użycia.
– No to, jak już taki konkretny jesteś, Henry, to zamów mi setkę absolutu, parówki w sosie pomidorowym, kawior na grzance i śledzika na koniec.
– No widzisz – zaśmiał się. – To lubię. Szczerość to podstawa wszystkich związków. Słyszał pan? – zwrócił się do barmana.
– Tak. Szczerość to podstawa wszystkich związków.
– Nie to – przerwał mu gestem dłoni. – Pytam, czy słyszał pan życzenia panienki?
Chłopak pokiwał twierdząco głową.
– To proszę podać.
Barman pochylił się, zapisał w bloczku zamówienie i wyrwał kartkę z zamiarem zaniesienia jej na zaplecze. Gdy zauważył, że gość się waha, znieruchomiał i popatrzył na niego pytająco.
– Od jednego przecież nie umrę – mruknął mężczyzna. Później zaciągnął się głęboko, wypuścił dym i zwrócił w stronę kontuaru. – Jeszcze pięćdziesiątka tequili z solą i ćwiartką cytryny.
Chłopak skinął głową, dopisał do rachunku nową pozycję i zniknął za kotarą. Gdy pojawił się ponownie, Irina śmiała się hałaśliwie z jakiejś opowieści nieznajomego. Stawiając na ladzie zamówione przekąski i napoje, mrugnął do niej, jakby znali się od dawna. Dziewczyna zauważyła ten gest i też puściła do niego oko, ale klient niczego nie zauważył. Posypał tylko gruboziarnistą solą wierzch dłoni, zlizał ją jak prawdziwy jeleń i ujął w dłoń kieliszek.
– No, Irina, wypijmy – Opróżnił szkło. Meksykańska wódka paliła przełyk, więc natychmiast wgryzł się w ząbek cytryny. – Uch, dobrze wchodzi. Nie?
Dziewczyna odstawiła kieliszek, chuchnęła z wprawą i zagryzła prasowanym kawiorem. Dopiero wtedy pokiwała głową na „tak”, a potem wzięła się za grzankę. Mężczyzna odłożył wyssaną cytrynkę na talerzyk i popatrzył jej w oczy.
– A tak à propos szczerości w związkach, to powiedz mi szczerze, Irina, co to jest „O3”?  To jakieś ruskie święto albo loteria? Może coś takiego jak u nas Halloween? No wiesz, o czym mówię?
– O trzy? – Dziewczyna najpierw przytaknęła, a potem przełknęła zakąskę i uniosła brwi. Podał jej otwartą kopertę. Rozprostowała ją na ladzie i przez moment niezdarnie poruszała ustami.
– To nie żadne „trzy”, tylko nasze „zet” – stwierdziła po jakimś czasie.
– Wasze „zet”?
– No nasze, to znaczy rosyjskie. „O3” to skrót od „Оденъ и Забудъ”.
– Odeń i zabud’? – Mężczyzna próbował naśladować, jej miękką wymowę, ale wychodziło to raczej mizernie.
– No, załóż i zapomnij. Coś jakby slogan – odparła Irina i nagle wybuchnęła śmiechem. – Ha, ha, ha. To prawie tak jak ze mną. Tylko brakuje jeszcze jednego „zet” z przodu.
– „Zet” z przodu?
– Tak. Powinno być „ЗOЗ”, czyli „zaplati, oden’ i zabud’”. Znaczy, zapłać mi, załóż gumę i zapomnij o całym świecie. – Z odchyloną głową i lekko zarumienioną od alkoholu twarzą wyglądała jak antyczna bogini rozpusty. Nieznajomy zawiesił oko na jej biuście. Sutki mocno wpijały się w sukienkę. Po sekundzie obserwacji przełknął ślinę jak wygłodzony pies i spojrzał przed siebie. W wypolerowanej powierzchni pomiędzy butelką stocka i whisky Black & White zobaczył znużoną życiem twarz starzejącego się mężczyzny. Przyczesał włosy i nim Irina spostrzegła jego przygnębienie, nadał twarzy przyjazny wyraz.
– A, to takie z ciebie ziółko – powiedział żartobliwym tonem. – Zapłacić ci trzeba.
– Ano trzeba. Nic za darmo.
Dziewczyna uniosła brwi, zrobiła buzię w ciup i obydwoje wybuchnęli śmiechem, jakby chcieli zatuszować niezręczność całej sytuacji i fakt, że to, co teraz wyszło niby przez przypadek, było wiadome od samego początku: on, stary, nieapetyczny Anglik, i ona, młoda, piękna Rosjanka, zawarli bez słów finansowo-towarzyskie zobowiązanie w momencie, gdy klepnęła go w ramię, a on udał, że to jest normalne. Teraz tylko potwierdzili ten niepisany układ w bardziej formalny sposób. Przestali się śmiać prawie jednocześnie i zapanowała cisza przerywana jedynie odgłosami muzyki. Na znajdującym się za ich plecami parkiecie tańczyło nie więcej niż kilka par.
–  Po co ci ta koperta? – zapytała dziewczyna po jakimś czasie.
– To dobre pytanie, Irina. Ty mi to powiedz.
Pochyliła się nad tekstem. Mamroczące po dziecinnemu usta kwalifikowały ją do powtórnej edukacji na poziomie szkoły podstawowej.
– Jesteś cukrzykiem?  – zapytała po chwili.

[ na górę strony ]

< strona 2 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.