Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY

   2. O3 | PoPo 4 c.#ek [« poprzedni rozdział ]    
 
 

strona [«][](1 z 4)[][»]       
 
 
 

 
– Na! – Dzieciak nie miał więcej niż dziesięć lat. W nagiej, zaczerwienionej z zimna dłoni trzymał kawałek papieru. Chwilę stał bez ruchu, a później poprawił kaptur i energicznie zatupał nogami. Na dworze musiało być grubo poniżej zera, bo wychudzona twarz raz po raz znikała w kłębach wydychanej pary
Mężczyzna zatrzymał się i lustrował go obojętnym wzrokiem. Przy kolejnym mroźnym podmuchu postawił kołnierz, a dochodzące prawie do kostek poły płaszcza rozchyliły się i spod zaprasowanych w kant spodni wyjrzały noski zimowych pantofli. Były czyste i błyszczące, jakby dopiero co wyszły spod ręki hotelowego pucybuta.
– Na! – Malec powtórnie wyciągnął rękę. Spod ortalionowej kurtki wyjrzało nieosłonięte niczym ciało, a on zadygotał na całym ciele i zakaszlał sucho.
– Czego ty chcesz, mały?
– Держи, зто тебе!
– Dla mnie?
– Da, tiebie.
– Jak wy, Iwany, możecie wytrzymać w tym mrozie.  – Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową, a potem zdjął rękawice, sięgnął po przedmiot i odwrócił się tyłem do latarni, żeby złapać więcej światła. Przy bliższych oględzinach kawałek papieru okazał się kopertą. W miejscu przeznaczonym na adres znajdował się czerwony, naniesiony wymyślnie ornamentowaną cyrylicą napis – dwa słowa w niezrozumiałym dla mężczyzny języku: Оденъ & Забудъ.
– Co to jest? – zapytał, zerkając w dół. Nim malec odpowiedział, odwrócił kopertę na drugą stronę. Papier przypominał w dotyku pergamin. Na środku znajdowała się ciemnowiśniowa pieczęć, w której odciśnięto znak „O3”. Stempel wyglądał jak model cząsteczki chemicznej. –  O trzy, to chyba ozon. Ale co to jest, mały?
– Da, da. Tiebie –  odparł chłopiec, kiwając głową. Pomarańczowy kaptur uciekł do tyłu odsłaniając wysokie czoło. Szybko, jakby się czegoś obawiał, naciągnął go z powrotem.
– A, już wiem – roześmiał się mężczyzna. – To pewnie jakaś wasza ruska wróżba albo loteria, co? Widziałem coś podobnego w Szanghaju. Tylko że ja nie znam rosyjskiego. Nie potrzebna mi. Kapujesz? – Pochylił się i klepiąc go przyjaźnie po ramieniu, oddał kopertę. – Trzymaj, mały, i idź się gdzieś ogrzać, bo zamarzniesz.
– Tiebie, tiebie. – Dziecko odepchnęło jego rękę
– Nie chcę. Jak nie rozumiem po waszemu, to po co mi to?
Malec nie odpowiedział. Dwoje szeroko otwartych oczu patrzyło prosto na niego. Wyglądały niewinnie i bezradnie, a zaciśnięte w wąską szparkę usta dodawały bladej twarzyczce wyrazu determinacji. Mężczyzna westchnął, przepuścił napierającego mu na plecy przechodnia i chowając kopertę do bocznej kieszeni, sięgnął po portfel.
– Na całym świecie to samo – mruknął, po czym wygrzebał z niego kilka banknotów o niskich nominałach i podaj je chłopcu, ale ten nie wykonał żadnego ruchu.
– Nie chcesz pieniędzy?
Pokręcił przecząco głową.
– Mam wziąć za darmo?
– Da, tiebie.
Mężczyzna wzruszył ramionami i schował pieniądze z powrotem, a później w odruchu ni to wdzięczności, ni litości położył mu dłoń na głowie. – Hej, co ty tu masz? – zapytał wyczuwając pod palcami dziwne kanty i nierówności. Szybkim ruchem szarpnął za kaptur i bez najmniejszej zwłoki, można by rzec, prawie instynktownie, cofnął się o krok.
Czaszka dziecka była zdeformowana i pokryta mnóstwem blizn i pośpiesznie zakładanych szwów. Blade światło neonów podkreślało jej nieciągła, potrzaskaną powierzchnię, a kępki rzadkich włosów przyozdobione plamami fioletowej jodyny maskowały fragmenty, przez które prześwitywała naga kość. Przedstawienie trwało ułamek sekundy, bo chłopak zaraz naciągnął kaptur i znów był tylko małym zabiedzonym włóczęgą.
– Co to jest, do cholery? – Mężczyzna zamrugał i ponownie wysunął dłoń, ale malec odskoczył jak przebiegłe zwierzątko i położył rękę na głowie.
– Sobakie sobaczia smiert’ – pisnął.
– Hej, mały, co z tobą?  Dobrze się czujesz?
Cобаке собачья смерть – powtórzył. Intonacja głosu wskazywała, że coś stara się wytłumaczyć. – Он собака. Ему смерть. Смерть!
Uniósł głowę. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Na dnie oczu włóczęgi zapłoną nagle niewielki płomyk i natychmiast zgasł. Równie dobrze mogło to być zwykłe odbicie reflektorów przejeżdżającego z naprzeciwka samochodu. Malec odwrócił się i zaczepił następnego przechodnia.
– Na! Tiebie!
Ubrana w futro kobieta schyliła się i wzięła identyczną kopertę. Przełamała pieczęć i machinalnie przeleciała wzrokiem zawartość. Później schowała ją do okrągłej torebki i pożeglowała swoim kursem. Zagadnięty jako następny rosyjski żigolak w artystycznie obrębionym kożuchu nawet nie spojrzał na to, co trzyma w dłoni. Skinął tylko głową na odczepnego i chowając rzecz do kieszeni, ruszył przed siebie jak ciężkozbrojny wół piżmowy w barwach godowych.
Mężczyzna powoli naciągnął rękawice. Gdyby był normalnym obywatelem, to pewnie poszedłby w swoją stronę albo w odruchu litości zadzwonił po najzwyklejsze pod słońcem pogotowie ratunkowe. Najwidoczniej jednak tak nie było, bo tylko poprawił kołnierz i wolnym krokiem poszedł w kierunku wnęki sklepowej, która dawała jakie takie schronienie przed zimnym wiatrem. Tam oparł się o ścianę, wyciągnął kopertę i przez chwilę oglądał ją z każdej strony. Potem złamał pieczęć. Środek wyglądał jak ulotka reklamowa: kilka zdjęć obłego urządzenia oblanych morzem kolorowego tekstu. Wszystko pisane cyrylicą. Wzruszył ramionami, schował ją z powrotem, a następnie przypalił papierosa i zaczął obserwować ulicę.
Wszystko wyglądało normalnie. Chłopak pałętał się po trotuarze, co jakiś czas zatrzymując uciekających przed zimnem i wiatrem pieszych. Niektórzy brali od niego kopertę, chowali ją i szli dalej; inni otwierali ją na miejscu, aby później, szukając odrobiny światła, szybko przelecieć wzrokiem tekst i albo wyrzuć ją do najbliższego kosza, albo wziąć ze sobą. Byli też tacy, którzy tylko machali ręką na odczepnego i spieszyli w swoją stronę.
Mężczyzna zaciągnął się i od razu skrzywił, bo gorzki smak uświadomił mu, że pali już filtr. Rzucił więc niedopałek pod nogi i wychodząc z kryjówki, przydeptał go. Potem stanął w blasku sodowej latarni i przywołał taksówkę. Zanim zdążył opuścić rękę, przy krawężniku zahamował żółty ford. Bez słowa otworzył drzwi i wgramolił się na tylne siedzenie. Nie odwrócił się. Szkoda, bo gdyby to zrobił, na pewno zauważyłby, że oddalony o jakieś dziesięć metrów dzieciak znieruchomiał i patrzył w jego stronę jak zahipnotyzowany. W niebieskich oczach jarzyła się wyraźna fosforyczna poświata.
Kierowca złapał wzrok pasażera w lusterku i wyszczerzył zęby.
– Astoria Hotel – powiedział mężczyzna. Angielski akcent sprawił, że taksówkarz uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Bolszaja Morskaja? – upewnił się.
– Da – Pasażer rozparł się na siedzeniu, a gdy auto ruszyło, wyciągnął przed siebie nogi i skrzyżował ręce na piersi. Potem odwrócił głowę na prawo i praktycznie przez całą drogę gapił się bez zainteresowania na przesuwające się za szybą sylwetki przechodniów. Od czasu do czasu odpowiadał „da” lub „da, da”. Była to jedyna reakcja na potok słów, którymi zarzucał go gadatliwy szofer, bo „da” było jednym słowem, jakie znał po rosyjsku.
Wkrótce dostrzegł w oddali oświetloną przez krąg punktowych reflektorów sylwetkę Mikołaja I. Porywisty wiatr zdmuchiwał lekki śnieżny puch, odsłaniając tu i ówdzie fragmenty złoconej zbroi cara. Monarcha, siedząc na koniu, dumnie wpatrywał się w przyszłość, jakby nie przeczuwał, że właśnie w tym mieście za niecałe sto lat tłum wynędzniałych robotników raz na zawsze zakończy jego sny o potędze.
Pamiętający jeszcze salwy z pancernika Aurora sześciopiętrowy budynek Astorii znajdował się tuż za pomnikiem. Pasażer odetchnął, bo bliskość hotelu oznaczała, że już za chwilę wyrzuci z siebie ostatnie, sakramentalne „da” i wreszcie uwolni się od towarzystwa męczącego taryfiarza oratora, który najwyraźniej marnował się w roli taksówkarza, bo łatwość, z jaką budował złożone zdania, w sposób oczywisty predestynowała go do zawodu polityka, adwokata lub innego wyczynowego kłamcy.
Samochód wjechał na zadaszony podjazd i lekko przyhamował. Kierowca odwrócił się i pokazał dwa złote zęby w szczerym uśmiechu.
Ну, итак мы приехали – stwierdził.
– Da – odparł mężczyzna, po czym zapłacił i nie czekając na resztę, wysiadł z taksówki, zanim ubrany jak średniowieczny ruski bojar odźwierny zdążył podbiec, żeby otworzyć mu drzwi.
Przekraczając próg hotelu, wpadł w krąg jaskrawego światła. Sącząca się z kryształowych żyrandoli aura łagodnie spływała na wnętrze urządzone w modnym tuż przed wybuchem rewolucji październikowej stylu północnej moderny. Mężczyzna zatupał nogami, żeby pozbyć się oblepiającego buty śniegu, i podszedł do ulokowanego naprzeciw wejścia kontuaru. Recepcjonista powitał go uśmiechem wyświechtanym jak dupsko księgowego z trzydziestoletnim stażem. Dopiero gdy gość poprosił o klucz do jednego z dziesięciu apartamentów prezydenckich, wyuczony bezduszny grymas zamienił się, upodabniając go do przymilnego padalca.

[ na górę strony ]

< strona 1 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.