| |
|
–
Na! – Dzieciak nie miał więcej niż dziesięć lat. W nagiej,
zaczerwienionej z zimna dłoni trzymał kawałek papieru. Chwilę stał bez
ruchu, a później poprawił kaptur i energicznie zatupał nogami. Na
dworze musiało być grubo poniżej zera, bo wychudzona twarz raz po raz
znikała w kłębach wydychanej pary
Mężczyzna zatrzymał się i
lustrował go obojętnym wzrokiem. Przy kolejnym mroźnym podmuchu
postawił kołnierz, a dochodzące prawie do kostek poły płaszcza
rozchyliły się i spod zaprasowanych w kant spodni wyjrzały noski
zimowych pantofli. Były czyste i błyszczące, jakby dopiero co wyszły
spod ręki hotelowego pucybuta.
– Na! – Malec powtórnie
wyciągnął rękę. Spod ortalionowej kurtki wyjrzało nieosłonięte niczym
ciało, a on zadygotał na całym ciele i zakaszlał sucho.
– Czego ty chcesz, mały?
– Держи,
зто тебе!
– Dla mnie?
– Da, tiebie.
– Jak wy, Iwany, możecie
wytrzymać w tym mrozie. – Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem
głową, a potem zdjął rękawice, sięgnął po przedmiot i odwrócił się
tyłem do latarni, żeby złapać więcej światła. Przy bliższych
oględzinach kawałek papieru okazał się kopertą. W miejscu przeznaczonym
na adres znajdował się czerwony, naniesiony wymyślnie ornamentowaną
cyrylicą napis – dwa słowa w niezrozumiałym dla mężczyzny języku: Оденъ & Забудъ.
– Co to jest? – zapytał,
zerkając w dół. Nim malec odpowiedział, odwrócił kopertę na drugą
stronę. Papier przypominał w dotyku pergamin. Na środku znajdowała się
ciemnowiśniowa pieczęć, w której odciśnięto znak „O3”.
Stempel wyglądał
jak model cząsteczki chemicznej. – O trzy, to chyba ozon. Ale co
to jest, mały?
– Da, da. Tiebie –
odparł chłopiec, kiwając głową. Pomarańczowy kaptur uciekł do tyłu
odsłaniając wysokie czoło. Szybko, jakby się czegoś obawiał, naciągnął
go z powrotem.
– A, już wiem – roześmiał się
mężczyzna. – To pewnie jakaś wasza ruska wróżba albo loteria, co?
Widziałem coś podobnego w Szanghaju. Tylko że ja nie znam rosyjskiego.
Nie potrzebna mi. Kapujesz? – Pochylił się i klepiąc go przyjaźnie po
ramieniu, oddał kopertę. – Trzymaj, mały, i idź się gdzieś ogrzać, bo
zamarzniesz.
– Tiebie, tiebie. – Dziecko
odepchnęło jego rękę
– Nie chcę. Jak nie rozumiem
po waszemu, to po co mi to?
Malec nie odpowiedział. Dwoje
szeroko otwartych oczu patrzyło prosto na niego. Wyglądały niewinnie i
bezradnie, a zaciśnięte w wąską szparkę usta dodawały bladej twarzyczce
wyrazu determinacji. Mężczyzna westchnął, przepuścił napierającego mu
na plecy przechodnia i chowając kopertę do bocznej kieszeni, sięgnął po
portfel.
– Na całym świecie to samo –
mruknął, po czym wygrzebał z niego kilka banknotów o niskich nominałach
i podaj je chłopcu, ale ten nie wykonał żadnego ruchu.
– Nie chcesz pieniędzy?
Pokręcił przecząco głową.
– Mam wziąć za darmo?
– Da, tiebie.
Mężczyzna wzruszył ramionami
i schował pieniądze z powrotem, a później w odruchu ni to wdzięczności,
ni litości położył mu dłoń na głowie. – Hej, co ty tu masz? – zapytał
wyczuwając pod palcami dziwne kanty i nierówności. Szybkim ruchem
szarpnął za kaptur i bez najmniejszej zwłoki, można by rzec, prawie
instynktownie, cofnął się o krok.
Czaszka dziecka była
zdeformowana i pokryta mnóstwem blizn i pośpiesznie zakładanych szwów.
Blade światło neonów podkreślało jej nieciągła, potrzaskaną
powierzchnię, a kępki rzadkich włosów przyozdobione plamami fioletowej
jodyny maskowały fragmenty, przez które prześwitywała naga kość.
Przedstawienie trwało ułamek sekundy, bo chłopak zaraz naciągnął kaptur
i znów był tylko małym zabiedzonym włóczęgą.
– Co to jest, do cholery? –
Mężczyzna zamrugał i ponownie wysunął dłoń, ale malec odskoczył jak
przebiegłe zwierzątko i położył rękę na głowie.
– Sobakie sobaczia smiert’ –
pisnął.
– Hej, mały, co z tobą?
Dobrze się czujesz?
– Cобаке собачья смерть – powtórzył. Intonacja głosu
wskazywała, że coś stara się wytłumaczyć. – Он собака. Ему
смерть. Смерть!
Uniósł głowę. Ich spojrzenia
skrzyżowały się. Na dnie oczu włóczęgi zapłoną nagle niewielki płomyk i
natychmiast zgasł. Równie dobrze mogło to być zwykłe odbicie
reflektorów przejeżdżającego z naprzeciwka samochodu. Malec odwrócił
się i zaczepił następnego przechodnia.
– Na! Tiebie!
Ubrana w futro kobieta
schyliła się i wzięła identyczną kopertę. Przełamała pieczęć i
machinalnie przeleciała wzrokiem zawartość. Później schowała ją do
okrągłej torebki i pożeglowała swoim kursem. Zagadnięty jako następny
rosyjski żigolak w artystycznie obrębionym kożuchu nawet nie spojrzał
na to, co trzyma w dłoni. Skinął tylko głową na odczepnego i chowając
rzecz do kieszeni, ruszył przed siebie jak ciężkozbrojny wół piżmowy w
barwach godowych.
Mężczyzna powoli naciągnął
rękawice. Gdyby był normalnym obywatelem, to pewnie poszedłby w swoją
stronę albo w odruchu litości zadzwonił po najzwyklejsze pod słońcem
pogotowie ratunkowe. Najwidoczniej jednak tak nie było, bo tylko
poprawił kołnierz i wolnym krokiem poszedł w kierunku wnęki sklepowej,
która dawała jakie takie schronienie przed zimnym wiatrem. Tam oparł
się o ścianę, wyciągnął kopertę i przez chwilę oglądał ją z każdej
strony. Potem złamał pieczęć. Środek wyglądał jak ulotka reklamowa:
kilka zdjęć obłego urządzenia oblanych morzem kolorowego tekstu.
Wszystko pisane cyrylicą. Wzruszył ramionami, schował ją z powrotem, a
następnie przypalił papierosa i zaczął obserwować ulicę.
Wszystko wyglądało normalnie.
Chłopak pałętał się po trotuarze, co jakiś czas zatrzymując
uciekających przed zimnem i wiatrem pieszych. Niektórzy brali od niego
kopertę, chowali ją i szli dalej; inni otwierali ją na miejscu, aby
później, szukając odrobiny światła, szybko przelecieć wzrokiem tekst i
albo wyrzuć ją do najbliższego kosza, albo wziąć ze sobą. Byli też
tacy, którzy tylko machali ręką na odczepnego i spieszyli w swoją
stronę.
Mężczyzna zaciągnął się i od
razu skrzywił, bo gorzki smak uświadomił mu, że pali już filtr. Rzucił
więc niedopałek pod nogi i wychodząc z kryjówki, przydeptał go. Potem
stanął w blasku sodowej latarni i przywołał taksówkę. Zanim zdążył
opuścić rękę, przy krawężniku zahamował żółty ford. Bez słowa otworzył
drzwi i wgramolił się na tylne siedzenie. Nie odwrócił się. Szkoda, bo
gdyby to zrobił, na pewno zauważyłby, że oddalony o jakieś dziesięć
metrów dzieciak znieruchomiał i patrzył w jego stronę jak
zahipnotyzowany. W niebieskich oczach jarzyła się wyraźna fosforyczna
poświata.
Kierowca złapał wzrok
pasażera w lusterku i wyszczerzył zęby.
– Astoria Hotel – powiedział
mężczyzna. Angielski akcent sprawił, że taksówkarz uśmiechnął się
jeszcze szerzej.
– Bolszaja Morskaja? –
upewnił się.
– Da – Pasażer rozparł się na
siedzeniu, a gdy auto ruszyło, wyciągnął przed siebie nogi i skrzyżował
ręce na piersi. Potem odwrócił głowę na prawo i praktycznie przez całą
drogę gapił się bez zainteresowania na przesuwające się za szybą
sylwetki przechodniów. Od czasu do czasu odpowiadał „da” lub „da, da”.
Była to jedyna reakcja na potok słów, którymi zarzucał go gadatliwy
szofer, bo „da” było jednym słowem, jakie znał po rosyjsku.
Wkrótce dostrzegł w oddali
oświetloną przez krąg punktowych reflektorów sylwetkę Mikołaja I.
Porywisty wiatr zdmuchiwał lekki śnieżny puch, odsłaniając tu i ówdzie
fragmenty złoconej zbroi cara. Monarcha, siedząc na koniu, dumnie
wpatrywał się w przyszłość, jakby nie przeczuwał, że właśnie w tym
mieście za niecałe sto lat tłum wynędzniałych robotników raz na zawsze
zakończy jego sny o potędze.
Pamiętający jeszcze salwy z
pancernika Aurora sześciopiętrowy budynek Astorii znajdował się tuż za
pomnikiem. Pasażer odetchnął, bo bliskość hotelu oznaczała, że już za
chwilę wyrzuci z siebie ostatnie, sakramentalne „da” i wreszcie uwolni
się od towarzystwa męczącego taryfiarza oratora, który najwyraźniej
marnował się w roli taksówkarza, bo łatwość, z jaką budował złożone
zdania, w sposób oczywisty predestynowała go do zawodu polityka,
adwokata lub innego wyczynowego kłamcy.
Samochód wjechał na zadaszony
podjazd i lekko przyhamował. Kierowca odwrócił się i pokazał dwa złote
zęby w szczerym uśmiechu.
– Ну, итак мы
приехали – stwierdził.
– Da – odparł mężczyzna, po
czym zapłacił i nie czekając na resztę, wysiadł z taksówki, zanim
ubrany jak średniowieczny ruski bojar odźwierny zdążył podbiec, żeby
otworzyć mu drzwi.
Przekraczając próg hotelu,
wpadł w krąg jaskrawego światła. Sącząca się z kryształowych żyrandoli
aura łagodnie spływała na wnętrze urządzone w modnym tuż przed wybuchem
rewolucji październikowej stylu północnej moderny. Mężczyzna zatupał
nogami, żeby pozbyć się oblepiającego buty śniegu, i podszedł do
ulokowanego naprzeciw wejścia kontuaru. Recepcjonista powitał go
uśmiechem wyświechtanym jak dupsko księgowego z trzydziestoletnim
stażem. Dopiero gdy gość poprosił o klucz do jednego z dziesięciu
apartamentów prezydenckich, wyuczony bezduszny grymas zamienił się,
upodabniając go do przymilnego padalca.
strona 1 z 4
|
|
|