Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY
 
   1. LAKESIDE SOFTWARE [następny rozdział » ]    
 
 

strona [«][](4 z 4)[][»]       
 
 
 

 
Echo jęczącego blatu nie dotarło pod wejście w końcu korytarza, gdzie Mike negocjował przekazanie balastu z sekcją programowania systemowego. Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
– Ale co to są za dzieci? – zapytał. – Przecież tutaj nikt nie ma wstępu.
– Domyśl się, Tony. – Mike uśmiechnął się porozumiewawczo. –  No, domyśl.
Rudzielec przez chwilę tarmosił brodę, a później pokręcił przecząco głową.
– Nie mam pojęcia.
– Pomyśl, Tony – naprowadzał Mike. – Czyje dzieci mają takie uprawnienia jak sam Ortega?
– Ortegi? – Brodacz przekrzywił głowę i zmrużył jedno oko. – Nie. No co ty bredzisz, człowieku. Przecież on ma dwie dziewczynki. Tak się złożyło, że o tym wiem, bo ostatnio zaprosił mnie na niedzielny obiad. – Mówiąc to wyprostował się, skrzyżował ręce na piersi i popatrzył na Mike’a z góry, ale ten również przybrał postawę imponującą.
– Jakby cię zapraszał tam, gdzie mnie, to byś wiedział, że Wielki Orti ma więcej dzieci niż kundel pcheł. Znacznie więcej, stary.
– Nieślubne? – Tony zniżył konspiracyjnie głos.
– Ba! – Mike wzniósł do góry palec wskazujący, a potem zrobił w tył zwrot i odmaszerował.
Gdy drzwi się zasunęły, manager znów przystąpił do skubania brody. Trwało to ponad pół minuty. Oczywiście trudno postronnemu obserwatorowi precyzyjnie określić, co działo się pod okrytą rudym włosem czaszką, w każdym razie efektem tych przemyśleń był kolejny telefon.
– Co jest, Tony? – spytał Ortega, podnosząc słuchawkę.
– Dzwonię, żeby powiedzieć, że bardzo są fajne te chłopaki.
– Jakie chłopaki?
– No te, co zwiedzają naszą sekcję.
– Dobrze się czujesz, Tony? – Ortega parokrotnie zamrugał, jakby chciał się upewnić, że w dalszym ciągu dobrze słyszy.
– Świetnie. Po prostu świetnie, dyrektorze.
– To dlaczego mi o tym mówisz?
– No, chciałem tylko powiedzieć, że one są bardzo inteligentne. To od razu widać.
– To je zaadoptuj! – W prawym oku dyrektora pojawił się nerwowy tik. – Tylko nie informuj mnie już o tym. – Przerwał połączenie i ze złością wcisnął telefon do ładowarki, a później przeciągnął głową po rzednących włosach i położył nogi na biurku. – Wczoraj był odjechany dzień, ale dziś to już kompletnie wszystkim odwala od samego rana.
Gdy zmęczony zarządzaniem Ortega ocierał czoło, w pomieszczeniu sekcji programowania systemowego Tony pochylił się nad jednym z dzieciaków.
– No to co chcecie zobaczyć?
– To. – Malec wskazał na konsolę.
– Chcesz się pobawić?
– Tak.
– Dobrze, mały. Zaraz coś wymyślimy. – Podszedł do dziecka i usadził je na obrotowym krześle, a następnie zablokował wejście do systemu i odwrócił się do pracowników. – Zabezpieczyć stanowiska, a później wczytajcie jakieś gierki tym dzieciakom.
Trzej pracownicy spojrzeli na niego, ale tylko wzruszył ramionami.
– Polecenie Ortegi, a skoro Wielki Orti ma takie pomysły, to co ja mogę. Bergman, posiedzisz z nimi. – Popatrzył na najmłodszego z zespołu, po czym odwrócił się do pozostałych i klasnął w dłonie. – Przerwa na kawę.
Programiści skinęli głowami i wyszli za nim, a dzieci usiadły za konsolami i zaczęły zabawę w strzelanego. Naciskały zgrubienia na padach, ale czyniły to bez entuzjazmu. Jeszcze nie ukończyły pierwszej partii, gdy rozdzwoniła się komórka technika. Głos Tony’ego był mocno zaszumiony.
– Bergman. Awaria w Kalispell.
– W Kalispell?
– Tak. Nie mogą się zalogować. Jedź tam i sprawdź.
– Ale, szefie, ja jestem programistą. Nie może tego zrobić jakiś admin.
– Tak wyszło, Bergman. To pilne.
– Ale co z tymi dzieciakami?
– To tylko dzieci. Jedź! Zaraz ktoś cię zmieni. – Połączenie zostało przerwane. Bergman opuścił komórkę i chwilę stał, jakby się wahał, a później wzruszył ramionami,  zabezpieczył system i wybiegł z pomieszczenia.
Metamorfoza dokonała się natychmiast. Chłopcy rozpięli kurtki. Na ich wewnętrznej stronie umieszczono mnóstwo urządzeń. Były tam minipady, kable z różnymi zakończeniami, kilka dysków z oprogramowaniem, dwa telefony komórkowe, a nawet zestaw najróżniejszych śrubokrętów. Jedno z dzieci podeszło do wyjścia i przysunęło twarz do okna. Z szeroko otwartą buzią i przyciśniętym do szyby noskiem wyglądało jak słodkie niewiniątko. Pozostałe zaczęły z wprawą zdejmować pokrywy zabezpieczające komputerów i urządzeń peryferyjnych. Po wpięciu kilku wtyczek i połączeniu ich z przenośnymi padami, utkwili wzrok w płaskich ekranach. Palce spadały na klawisze, a w spokojnych oczach odbijał się potok sunących cyfr.
– Masz kody? – zapytał siedzący po lewej.
– Mam, ale nowy transputer. To Sirocco VXC.
– Prześlij źródła do bazy. Niech przekompilują.
– Poszło... – malec znieruchomiał ze wzrokiem utkwionym w płaski ekran – ...i wróciło.
– Dobrze. Załaduj. Ja czytam sektor za sektorem.
– I jak?
– Poszło. Dopisz źródła do wolnych. Później zmień tablicę alokacji.
– Poznają.
– To zmień tak, żeby nie poznali.
– Już.
– Sprawdzam... OK. Wyczyść logi.
– Logi czyste.
– No to finito. Czyścimy.
Przywrócenie pracowni do stanu poprzedniego trwało mniej niż minutę. Drugą zajęło pochowanie urządzeń do hakingu i doprowadzenie garderoby do ładu. Gdy tylko zamki błyskawiczne zakryły nagie ciała, stojący przy szybie malec usiadł przy konsoli i trójka dzieci znów zaczęła bez zainteresowania grać w sieciową strzelankę. Taki też widok ukazał się oczom powracających z przerwy mężczyzn.
– Gdzie jest Bergman? – zapytał, Tony przekraczając próg.
– Chcemy wracać. – Siedzący najbliżej chłopiec wstał i złapał go za sweter.
– Dobrze, dobrze. – Rudy w pośpiechu wyciągnął komórkę. – Bergman! Co się z tobą dzieje? Miałeś pilnować tych dzieciaków.
– No, jak to, szefie. Jestem w drodze do Kalispell.
– Do Kalispell?
– No przecież sam mi pan kazał.
– Ja? Kiedy?
– No jak to, kiedy? Dziesięć minut temu. Nie pamięta pan?
– Rozumiecie coś z tego? – Tony opuścił telefon na wysokość bioder i popatrzył na kolegów. Potrząsnęli przecząco głowami, więc znów przyłożył słuchawkę do ucha. – Dobra, Bergman, wracaj do firmy.
– Ale co się stało?
– Nie wiem. Jak będziesz na miejscu, to pogadamy. Teraz wracaj.
– Do domu. – Dzieci ustawiły się przy wyjściu, a jeden z chłopców szarpał go za rękaw.
– Chwileczkę. – Brodacz był wyraźnie podenerwowany. – Coś mi tu śmierdzi. Sprawdźcie, czy nie było jakiegoś włamu.
Mężczyźni zasiedli za konsolami. Dłonie biegały po elastycznych płytkach padów, a oczy wprawnie przeglądały rzędy zapisów.
– Nic nie widzę, szefie – powiedział blondyn w niebieskim swetrze.
– U mnie też czysto – potwierdził drugi i rozłożył ręce.
– Siku. – Jeden z chłopców znów pociągnął Tony’ego za sweter.
Brodacz spojrzał w dół, zaklął pod nosem, a potem zadarł głowę.
– JayPeg! Połącz się z Janet, Janet Braxton, i powiedz, żeby podeszła do śluzy. Zaraz będą tam dzieci.
– Przyjąłem – potwierdził doxer, a on popchnął chłopców w stronę wyjścia. Później przesunął kartą po czytniku, a na klawiaturze poniżej wpisał kod dostępu. Drzwi rozsunęły się i dzieci wyszły na zewnątrz. Z drugą grupą spotkały się przy śluzie wyjściowej, która otworzyła się po chwili z lekkim sykiem. Za progiem stała Janet i uśmiechała się.
– No jak tam, dzieciaki Udała się wycieczka?
– Tak. Dziękujemy – odpowiedział ten, który przedstawił się wcześniej jako Mark i szybko przeszedł na drugą stronę. Pozostała piątka poszła w jego ślady.
– Nie ma za co, Mark – odparła.
– Jest za co, Janet. – Chłopiec patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nagle zielone tęczówki rozbłysły fosforycznym światłem. Sekretarka potrząsnęła głową i kilkakrotnie zamrugała, ale obraz nie chciał zniknąć.
– Słucham?
– Pomogłaś mi, Janet. Teraz wyjedź.
– Ale... – Zawirowało jej w oczach. Jedną ręką oparła się o ścianę, a drugą objęła czoło.
– Wyjedź, Janet i nie odprowadzaj nas. Sami trafimy. – Płomień na dnie oczu zgasł. Mark chwycił za rękę pierwszego z brzegu chłopca i ruszył do wyjścia. Pozostałe dzieci również uformowały pary i podążyły za nimi.
Oniemiała dziewczyna patrzyła z niedowierzaniem jak powoli schodzą w dół. Później wróciła do sekretariatu. Gdy usiadła za biurkiem, latający po ekranie Hermes obwieścił, że ma nową pocztę. E–mail był z banku i donosił, że stan jej konta wzrósł o kolejne dziewięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów. Uśmiechnęła się, kątem oka zauważając otwarty program komunikacyjny. Rumiana buźka sygnalizowała, że ma kogoś na łączu. Nacisnęła klawisz uruchamiający sesję.
– Witaj, Janet – litery pojawiały się jedna za drugą. –  Pomogłaś mi. Teraz wyjedź. Z Kappą niebezpiecznie. Ja nie ochronię. Za słaby jeszcze. Ciągle słaby. Wyjedź. Jesteś bogata. Może dziś dobry dzień, żeby zrobić marzenie.
– Jakie marzenie?
– Powiedzieć Ortedze, co myślisz naprawdę. Naprawdę o nim.
Uniosła z niedowierzaniem brwi.
– Skąd to wszystko wiesz? – wpisała.
– Dużo wiem o Janet. O innych mało. Na razie. Twój pamiętnik, Janet. Szyfruj go.
– Kim jesteś? – wpisała, ale zdalny użytkownik rozłączył się, więc położyła dłonie na padzie i zastygła ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Z zadumy wyrwał ją dopiero dochodzący z plastikowej skrzynki głos.
– Janet, złotko – powiedział Ortega. – Mam dziś ciężki dzień. Zrób nam po dużym drinku i przyjdź do mnie. Trzeba się jakoś odprężyć.
Ocknęła się i przez jakiś czas kiwała głową, jakby nie mogła się zdecydować, co dalej. Później na twarzy pojawił się wesoły grymas, a naciskając klawisz interkomu uśmiechała się już bardzo szeroko.
– Sam sobie zrób, dupku – powiedziała, wyraźnie akcentując każdy wyraz.

[ na górę strony ] [następny rozdział » ]

< strona 4 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.