| |
|
Echo
jęczącego blatu nie dotarło pod wejście w końcu korytarza, gdzie Mike
negocjował przekazanie balastu z sekcją programowania systemowego.
Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej
twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
– Ale co to są za dzieci? – zapytał. – Przecież tutaj nikt nie ma
wstępu.
– Domyśl się, Tony. – Mike uśmiechnął się porozumiewawczo. – No,
domyśl.
Rudzielec przez chwilę tarmosił brodę, a później pokręcił przecząco
głową.
– Nie mam pojęcia.
– Pomyśl, Tony – naprowadzał Mike. – Czyje dzieci mają takie
uprawnienia jak sam Ortega?
– Ortegi? – Brodacz przekrzywił głowę i zmrużył jedno oko. – Nie. No co
ty bredzisz, człowieku. Przecież on ma dwie dziewczynki. Tak się
złożyło, że o tym wiem, bo ostatnio zaprosił mnie na niedzielny obiad.
– Mówiąc to wyprostował się, skrzyżował ręce na piersi i popatrzył na
Mike’a z góry, ale ten również przybrał postawę imponującą.
– Jakby cię zapraszał tam, gdzie mnie, to byś wiedział, że Wielki Orti
ma więcej dzieci niż kundel pcheł. Znacznie więcej, stary.
– Nieślubne? – Tony zniżył konspiracyjnie głos.
– Ba! – Mike wzniósł do góry palec wskazujący, a potem zrobił w tył
zwrot i odmaszerował.
Gdy drzwi się zasunęły, manager znów przystąpił do skubania brody.
Trwało to ponad pół minuty. Oczywiście trudno postronnemu obserwatorowi
precyzyjnie określić, co działo się pod okrytą rudym włosem czaszką, w
każdym razie efektem tych przemyśleń był kolejny telefon.
– Co jest, Tony? – spytał Ortega, podnosząc słuchawkę.
– Dzwonię, żeby powiedzieć, że bardzo są fajne te chłopaki.
– Jakie chłopaki?
– No te, co zwiedzają naszą sekcję.
– Dobrze się czujesz, Tony? – Ortega parokrotnie zamrugał, jakby chciał
się upewnić, że w dalszym ciągu dobrze słyszy.
– Świetnie. Po prostu świetnie, dyrektorze.
– To dlaczego mi o tym mówisz?
– No, chciałem tylko powiedzieć, że one są bardzo inteligentne. To od
razu widać.
– To je zaadoptuj! – W prawym oku dyrektora pojawił się nerwowy tik. –
Tylko nie informuj mnie już o tym. – Przerwał połączenie i ze złością
wcisnął telefon do ładowarki, a później przeciągnął głową po rzednących
włosach i położył nogi na biurku. – Wczoraj był odjechany dzień, ale
dziś to już kompletnie wszystkim odwala od samego rana.
Gdy zmęczony zarządzaniem Ortega ocierał czoło, w pomieszczeniu sekcji
programowania systemowego Tony pochylił się nad jednym z dzieciaków.
– No to co chcecie zobaczyć?
– To. – Malec wskazał na konsolę.
– Chcesz się pobawić?
– Tak.
– Dobrze, mały. Zaraz coś wymyślimy. – Podszedł do dziecka i usadził je
na obrotowym krześle, a następnie zablokował wejście do systemu i
odwrócił się do pracowników. – Zabezpieczyć stanowiska, a później
wczytajcie jakieś gierki tym dzieciakom.
Trzej pracownicy spojrzeli na niego, ale tylko wzruszył ramionami.
– Polecenie Ortegi, a skoro Wielki Orti ma takie pomysły, to co ja
mogę. Bergman, posiedzisz z nimi. – Popatrzył na najmłodszego z
zespołu, po czym odwrócił się do pozostałych i klasnął w dłonie. –
Przerwa na kawę.
Programiści skinęli głowami i wyszli za nim, a dzieci usiadły za
konsolami i zaczęły zabawę w strzelanego. Naciskały zgrubienia na
padach, ale czyniły to bez entuzjazmu. Jeszcze nie ukończyły pierwszej
partii, gdy rozdzwoniła się komórka technika. Głos Tony’ego był mocno
zaszumiony.
– Bergman. Awaria w Kalispell.
– W Kalispell?
– Tak. Nie mogą się zalogować. Jedź tam i sprawdź.
– Ale, szefie, ja jestem programistą. Nie może tego zrobić jakiś admin.
– Tak wyszło, Bergman. To pilne.
– Ale co z tymi dzieciakami?
– To tylko dzieci. Jedź! Zaraz ktoś cię zmieni. – Połączenie zostało
przerwane. Bergman opuścił komórkę i chwilę stał, jakby się wahał, a
później wzruszył ramionami, zabezpieczył system i wybiegł z
pomieszczenia.
Metamorfoza dokonała się natychmiast. Chłopcy rozpięli kurtki. Na ich
wewnętrznej stronie umieszczono mnóstwo urządzeń. Były tam minipady,
kable z różnymi zakończeniami, kilka dysków z oprogramowaniem, dwa
telefony komórkowe, a nawet zestaw najróżniejszych śrubokrętów. Jedno z
dzieci podeszło do wyjścia i przysunęło twarz do okna. Z szeroko
otwartą buzią i przyciśniętym do szyby noskiem wyglądało jak słodkie
niewiniątko. Pozostałe zaczęły z wprawą zdejmować pokrywy
zabezpieczające komputerów i urządzeń peryferyjnych. Po wpięciu kilku
wtyczek i połączeniu ich z przenośnymi padami, utkwili wzrok w płaskich
ekranach. Palce spadały na klawisze, a w spokojnych oczach odbijał się
potok sunących cyfr.
– Masz kody? – zapytał siedzący po lewej.
– Mam, ale nowy transputer. To Sirocco VXC.
– Prześlij źródła do bazy. Niech przekompilują.
– Poszło... – malec znieruchomiał ze wzrokiem utkwionym w płaski ekran
– ...i wróciło.
– Dobrze. Załaduj. Ja czytam sektor za sektorem.
– I jak?
– Poszło. Dopisz źródła do wolnych. Później zmień tablicę alokacji.
– Poznają.
– To zmień tak, żeby nie poznali.
– Już.
– Sprawdzam... OK. Wyczyść logi.
– Logi czyste.
– No to finito. Czyścimy.
Przywrócenie pracowni do stanu poprzedniego trwało mniej niż minutę.
Drugą zajęło pochowanie urządzeń do hakingu i doprowadzenie garderoby
do ładu. Gdy tylko zamki błyskawiczne zakryły nagie ciała, stojący przy
szybie malec usiadł przy konsoli i trójka dzieci znów zaczęła bez
zainteresowania grać w sieciową strzelankę. Taki też widok ukazał się
oczom powracających z przerwy mężczyzn.
– Gdzie jest Bergman? – zapytał, Tony przekraczając próg.
– Chcemy wracać. – Siedzący najbliżej chłopiec wstał i złapał go za
sweter.
– Dobrze, dobrze. – Rudy w pośpiechu wyciągnął komórkę. – Bergman! Co
się z tobą dzieje? Miałeś pilnować tych dzieciaków.
– No, jak to, szefie. Jestem w drodze do Kalispell.
– Do Kalispell?
– No przecież sam mi pan kazał.
– Ja? Kiedy?
– No jak to, kiedy? Dziesięć minut temu. Nie pamięta pan?
– Rozumiecie coś z tego? – Tony opuścił telefon na wysokość bioder i
popatrzył na kolegów. Potrząsnęli przecząco głowami, więc znów
przyłożył słuchawkę do ucha. – Dobra, Bergman, wracaj do firmy.
– Ale co się stało?
– Nie wiem. Jak będziesz na miejscu, to pogadamy. Teraz wracaj.
– Do domu. – Dzieci ustawiły się przy wyjściu, a jeden z chłopców
szarpał go za rękaw.
– Chwileczkę. – Brodacz był wyraźnie podenerwowany. – Coś mi tu
śmierdzi. Sprawdźcie, czy nie było jakiegoś włamu.
Mężczyźni zasiedli za konsolami. Dłonie biegały po elastycznych
płytkach padów, a oczy wprawnie przeglądały rzędy zapisów.
– Nic nie widzę, szefie – powiedział blondyn w niebieskim swetrze.
– U mnie też czysto – potwierdził drugi i rozłożył ręce.
– Siku. – Jeden z chłopców znów pociągnął Tony’ego za sweter.
Brodacz spojrzał w dół, zaklął pod nosem, a potem zadarł głowę.
– JayPeg! Połącz się z Janet, Janet Braxton, i powiedz, żeby podeszła
do śluzy. Zaraz będą tam dzieci.
– Przyjąłem – potwierdził doxer, a on popchnął chłopców w stronę
wyjścia. Później przesunął kartą po czytniku, a na klawiaturze poniżej
wpisał kod dostępu. Drzwi rozsunęły się i dzieci wyszły na zewnątrz. Z
drugą grupą spotkały się przy śluzie wyjściowej, która otworzyła się po
chwili z lekkim sykiem. Za progiem stała Janet i uśmiechała się.
– No jak tam, dzieciaki Udała się wycieczka?
– Tak. Dziękujemy – odpowiedział ten, który przedstawił się wcześniej
jako Mark i szybko przeszedł na drugą stronę. Pozostała piątka poszła w
jego ślady.
– Nie ma za co, Mark – odparła.
– Jest za co, Janet. – Chłopiec patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nagle
zielone tęczówki rozbłysły fosforycznym światłem. Sekretarka
potrząsnęła głową i kilkakrotnie zamrugała, ale obraz nie chciał
zniknąć.
– Słucham?
– Pomogłaś mi, Janet. Teraz wyjedź.
– Ale... – Zawirowało jej w oczach. Jedną ręką oparła się o ścianę, a
drugą objęła czoło.
– Wyjedź, Janet i nie odprowadzaj nas. Sami trafimy. – Płomień na dnie
oczu zgasł. Mark chwycił za rękę pierwszego z brzegu chłopca i ruszył
do wyjścia. Pozostałe dzieci również uformowały pary i podążyły za nimi.
Oniemiała dziewczyna patrzyła z niedowierzaniem jak powoli schodzą w
dół. Później wróciła do sekretariatu. Gdy usiadła za biurkiem, latający
po ekranie Hermes obwieścił, że ma nową pocztę. E–mail był z banku i
donosił, że stan jej konta wzrósł o kolejne dziewięćdziesiąt pięć
tysięcy dolarów. Uśmiechnęła się, kątem oka zauważając otwarty program
komunikacyjny. Rumiana buźka sygnalizowała, że ma kogoś na łączu.
Nacisnęła klawisz uruchamiający sesję.
– Witaj, Janet – litery pojawiały się jedna za drugą. – Pomogłaś
mi. Teraz wyjedź. Z Kappą niebezpiecznie. Ja nie ochronię. Za słaby
jeszcze. Ciągle słaby. Wyjedź. Jesteś bogata. Może dziś dobry dzień,
żeby zrobić marzenie.
– Jakie marzenie?
– Powiedzieć Ortedze, co myślisz naprawdę. Naprawdę o nim.
Uniosła z niedowierzaniem brwi.
– Skąd to wszystko wiesz? – wpisała.
– Dużo wiem o Janet. O innych mało. Na razie. Twój pamiętnik, Janet.
Szyfruj go.
– Kim jesteś? – wpisała, ale zdalny użytkownik rozłączył się, więc
położyła dłonie na padzie i zastygła ze wzrokiem utkwionym przed
siebie. Z zadumy wyrwał ją dopiero dochodzący z plastikowej skrzynki
głos.
– Janet, złotko – powiedział Ortega. – Mam dziś ciężki dzień. Zrób nam
po dużym drinku i przyjdź do mnie. Trzeba się jakoś odprężyć.
Ocknęła się i przez jakiś czas kiwała głową, jakby nie mogła się
zdecydować, co dalej. Później na twarzy pojawił się wesoły grymas, a
naciskając klawisz interkomu uśmiechała się już bardzo szeroko.
– Sam sobie zrób, dupku – powiedziała, wyraźnie akcentując każdy wyraz.
strona 4 z 4
|
|
|