| |
|
– Nie,
Mike – zaśmiała się. – Zdecydowanie nie wyglądasz na niańkę.
– To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis!
Tą! – powtórzył akcentując każdą sylabę. – A do tego mam mnóstwo roboty
na głowie.
– Ktoś to musi zrobić. – Janet wzruszyła ramionami. – Może zadzwoń do
Ortegi i powiedz mu o tym.
– Zadzwoń, zadzwoń – mruknął pod nosem. – Sama sobie zadzwoń.
– To co, zejdę po dzieciaki i przyprowadzę pod drzwi, OK?
– OK, OK. – Mike machnął na odczepnego ręką, a ona ruszyła z powrotem.
Po kilkunastu metrach trafiła na schody i trzymając się metalowej
poręczy, zbiegła na parter. Zobaczyła ich od razu. Stali naprzeciw
okrągłej recepcji. Wszyscy wyglądali prawie tak samo: granatowe kurtki
z ortalionu były szczelnie dopięte pod szyją, a pomarańczowe kaptury
zachodziły głęboko na oczy.
Stary ochroniarz przyglądał się im z zaciekawieniem, bo widoczne spod
kapturów twarzyczki wydawały się bardzo blade i wychudzone. Drugi
pochylił się nad listą gości i odhaczał odpowiednie pozycje.
– Już są, panno Braxton – uśmiechnął się do niej z daleka.
– A opiekun? – zapytała.
– Jaki opiekun?
– A nie było z nimi wychowawcy?
– Nie.
– To jak przyszły?
– A normalnie. – Strażnik wzruszył ramionami, po czym wskazał brodą na
oszkloną bramę. – Tamtędy. Głównym wejściem, znaczy.
Popatrzyła uważnie i pochyliła się nad jednym z chłopców. Malec uniósł
głowę.
– Gdzie jest wasz wychowawca? – zapytała.
– Odbierze po wycieczce. Nie martwić się. Prowadzić.
Janet popatrzyła na strażników, ale wydawało się, że nie słyszeli
ostatniej wypowiedzi, więc znów pochyliła się nad chłopcem.
– Jak się nazywasz?
– Mark.
– Dobrze. – Wzięła go za rękę i ruszyła w stronę schodów. – To chodźmy
Mark i cała reszta.
Gdy zniknęli na półpiętrze, starszy z ochroniarzy klepnął w ramię
kolegę.
– Dziwne te dzieciaki, nie Stanley?
– Co? – Strażnik odłożył papierową listę i popatrzył na niego.
– No, te dzieci.
– Bo ja wiem, Terry. Dzieci jak dzieci. Wielki Orti każe wpuszczać, to
wpuszczamy. Co w tym dziwnego?
– A masz dzieci?
– Jeszcze nie.
– A ja już odchowałem trójkę. Najstarszy będzie trochę młodszy od
ciebie. Powiem ci jedno, Stanley, te dzieciaki są inne. Widziałeś, że
one w ogóle się nie śmiały. Nawet nie gadały ze sobą. Stały jak cielaki
w rzeźni.
– Wydawało ci się, Terry.
– Nie. – Strażnik przeciągną w zamyśleniu dłonią po siwiejącym wąsie.
– Mówię ci, coś tu jest nie tak.
– Co, Terry? Co jest nie tak? – Stanley ziewnął ze znużeniem. Kilka
tysięcy wieczorów przed telewizorem z górą frytek i piwem do reszty
zdołały stępić niezbyt lotny od urodzenia mózg.
– Gdybym wiedział co, to bym się ciebie nie pytał.
– E tam, gadanie. Dzieci jak dzieci. Jedne są wesołe, a inne nie. Może
oglądasz za dużo horrorów? – Obejrzał się, czy nikt nie idzie, i
rozczapierzył ręce. Potem wywrócił białka oczu do góry i sztywnym
krokiem zaczął się zbliżać do kolegi. Z bladą twarzą i wystającym
brzuchem wyglądał jak karykatura Frankensteina. – Obcy są wśród nas.
Rozkaz, zniszczyć Ziemian.
– Nie rób sobie jaj. Jeszcze coś wykraczesz i dopiero będzie. Tak tylko
mówiłem.
Dialogu ochroniarzy nie słyszała oddalona o jedno piętro Janet. Tak jak
poprzednio, doxer odezwał się, zanim dotknęła metalowych drzwi.
– Witam w Lakeside Software.
– Cześć JayPeg. Wywołaj Mike’a.
– Za chwileczkę, panno Braxton.
Po kilku sekundach drzwi się otworzyły. Za progiem stał Mike.
– To są te dzieciaki? – zapytał.
– Tak.
Chudy programista pokiwał smętnie głową, jakby takie niespodzianki
zawsze jemu przypadały w udziale, a potem wziął stojącego najbliżej
chłopca za rękę i ruszył w stronę laboratoriów. Pozostałe dzieci
podążyły za nim jak kacze pisklęta za mamą kwoką.
Janet puściła dłoń Marka. Nie odszedł od razu. Gdy zadarł głowę, na
dnie oczu błysnął jaskrawy blask. Trwało to krótko i równie dobrze mógł
to być odblask migającej na górze jarzeniówki.
– Do zobaczenia, Janet – powiedział i nim dziewczyna zdążyła
zareagować, dołączył do grupy.
W środku chłopcy uformowali dwuszereg. W przeszklonych pomieszczeniach
raz po raz napotykali zdziwione spojrzenia projektantów, analityków,
koderów i innych specjalistów tkających delikatną przędzę cyfrowego
świata. Pracownicy machali na powitanie i uśmiechali się, jednak twarze
dzieci pozostawały nieruchome. Po jakimś czasie Mike zatrzymał się i
odwrócił w stronę wycieczki.
– Tylko co ja mam wam właściwie pokazać?
– My tam – Stojący na czele chłopiec odsunął na bok dwóch innych i
pokazał drzwi na końcu korytarza, a później wycelował w rozsuwane
wejście po prawej. – Oni tu.
– Wiecie, czego chcecie. Nie ma co? – Mike wyciągnął z kieszeni
kartę magnetyczną, przesunął ją w czytniku i zadarł głowę. – JayPeg,
otwieraj! Wycieczka z sierocińca.
– Nie ma pan dostępu do tego pomieszczenia, panie Lindquist.
– A jasna cholera tam – zdenerwował się nagle Mike. – Skontaktuj
się z Ortegą. Niech mi da dostęp do całości albo sam się zajmie tą
wycieczką.
Jeszcze nie skończył, gdy na biurku dyrektora rozdzwonił się telefon.
– Tak. Wiem o tym, JayPeg. Chwileczkę. Muszę pomyśleć. – Ortega
popatrzył przed siebie i kilka razy pokiwał głową. – JayPeg, wpuść
tylko dzieciaki. Mike niech poczeka na zewnątrz. – Odłożył słuchawkę i
przeciągnął się. Szeroki uśmiech obwieszczał światu, że umiejętność
zarządzania to nie jest rzecz nabyta, tylko dar od Boga.
– Brak autoryzacji, panie Lindquist – oznajmił doxer. – Mogę
wpuścić tylko dzieci.
– No co za cham! – Mike wziął się pod boki i spojrzał na chłopców. –
Słyszałyście? Wy możecie, a ja nie.
Drzwi odsunęły się. Stojący za nimi analityk miał bladą twarz.
– Co jest, Mike? – zapytał.
– Nic, Roger. Masz tu trzy kałamarze. Pobaw się z nimi.
– Co?
– Co, co? Masz się zająć dziećmi i koniec.
– Zwariowałeś?
– Ja zwariowałem!? Pogadaj z Ortim. To jego pomysł.
– Ale co ja mam z nimi robić?
– A rób sobie co chcesz. Mnie to lata.
– To dzieci Ortegi?
– A bo ja wiem? – odparł Mike, a potem przymrużył jedno oko. –
Wyglądają podobnie, no nie? Zresztą, co będę ploty roznosił. Może go
spytaj. No to się zmywam. Chodźcie, dzieciaki.
Ruszyli dalej zostawiając Rogera z gębą rozdziawioną szeroko jak
chłodzący się aligator. Zanim dotarli do końca, telefon Ortegi
rozdzwonił się ponownie. Dyrektor zerknął na wyświetlacz i sięgnął po
słuchawkę.
– Tak, Roger. Co się stało?
– Witam szefie – odezwał się ulizany głos. – Są u mnie pana dzieci.
Urocze stworzenia. Mają jakieś ulubione zabawy?
– Moje dzieci? Psia krew. Poczekaj chwilę i nie rozłączaj się, Roger. –
Nie odkładając słuchawki Ortega wcisnął guzik interkomu. – Janet,
połącz mnie z żoną. W tej chwili!
– Łączę, dyrektorze – Janet uśmiechała się i zanim zrealizowała
połączenie, sięgnęła po spinacz.
Ortega nie widział tego. Pulchna dłoń bębniła nerwowo w nawoskowany
blat.
– Betty! – wrzasnął, gdy w słuchawce pojawił się znajomy głos. –
Powiedz mi, kobieto, czy cię do reszty pogięło? Co ty wyprawiasz!?
Zgoda, trochę się wczoraj poprztykaliśmy. To się zdarza, ale, do
cholery, przyprowadzanie dzieci do firmy, to nie jest jedyny sposób,
żeby dzieci miały ojca. Zrozumiesz to w końcu, czy nie?
Głos po drugiej stronie terkotał jak projektor filmowy.
– Nie uwaliłem się jak prosię – przerwał jej Ortega. – Jestem
trzeźwy i żądam wyjaśnień. Przynosisz mi wstyd. Wiesz, że Hamilton
tylko czeka, żeby mi się noga powinęła, żeby... – urwał w połowie
zdania. Tłuste podgardle falowało, a on robił się coraz bardziej
czerwony.
– Sama się lecz, wariatko! – huknął po chwili, gniotąc słuchawkę.
Delikatny trzask oznajmił, że małżonka zakończyła rozmowę, jednak on
był zbyt spięty, żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. – A ty
jesteś starą krową!
– Ale dlaczego, dyrektorze? – Głos analityka zdradzał wyraźne objawy
paniki. – Ten błąd w ostatniej wersji to nie była moja wina.
– A, Roger – żachnął się Ortega. – Nie, to nie do ciebie. Na czym
stanęliśmy?
– Pytałem, w co lubią się bawić pana dzieci, dyrektorze.
– Ach, no tak. To tylko na parę minut. Zaraz powiem Janet, żeby
znalazła jakąś piastunkę i odeślę je do domu.
– Nie ma sprawy, szefie. Uwielbiam dzieci.
– No więc ta młodsza, to Angelica. Lubi się bawić w dom. A ta starsza...
– Ale dyrektorze, u mnie jest trzech chłopców.
– Trzech chłopców? – Ortega uniósł brwi.
– No tak. Mike mi ich przyprowadził.
– To dlaczego mówisz, że to moje dzieci!? To ta wycieczka. Zajmij się
nimi i nie zawracaj mi więcej głowy takimi pierdołami! – Ortega
trzasnął słuchawką i wyczerpany opadł na fotel.
[ na górę
strony
]
strona 3 z 4
|
|
|