Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY
 
   1. LAKESIDE SOFTWARE  
 

strona [«][](2 z 4)[][»]     

 
 
 
 

 
Mężczyzna wziął napój i mrużąc oczy przed blaskiem chowającego się za ośnieżone szczyty słońca, doszedł do fotela, usiadł na nim i wyciągnął przed siebie nogi. Plastikowe kółka przejechały kilka centymetrów, a guziki wytężyły wszystkie siły, żeby utrzymać brzuch za jasnokremową koszulą.
– Janet – westchnął – czemu od miesiąca robisz mi fochy? Co się z tobą dzieje? Może zorganizujemy w ten weekend jakiś wspólny wypad? Bo ja wiem, choćby do Canyon Creek. Wyobraź sobie, tylko ty, ja i ogień na kominku. Wszystko będzie jak dawniej.
Dziewczyna przysunęła do biurka ażurowy fotel i usiadła naprzeciw Ortegi. Zgrabne nogi ginęły w mroku wąskiej spódnicy, a w ruchach pojawiła się miękka zmysłowość. Kokieteryjnym gestem przesunęła włosy na prawą stronę, a potem założyła nogę na nogę.
– Jak dawniej, Jose?
– Tak, Janet. Jak dawniej. – Nie wyczuł jadowitego zabarwienia w głosie. Pociągnął tylko ze szklanki i uśmiechnął się porozumiewawczo, a później przełknął ślinę i spojrzał najpierw na prześwit pomiędzy jej udami, a później na puste naczynie na tacy.
– Może sobie też nalejesz malucha? – zapytał pośpiesznie.
Zerknęła spod opuszczonych rzęs i bez słowa przyrządziła drinka. Upiła niewielki łyk i odłożyła szklankę na blat.
– Weekend w Canyon Creek – powiedziała po chwili, ni to do siebie ni do Ortegi.
– W Canyon Creek. Jak dawniej, Janet.
– Hm, Ortega, mówisz, jak dawniej, w Canyon Creek. – Uniosła powieki i pokiwała głową. Podkreślone brązowym cieniem oczy miały nieprzenikniony wyraz. Równie dobrze mogły być najcudniejszą obietnicą jak i zwiastować burzę. Jak to z kobietami.
– Tak, kochanie. Tylko ty, ja i góry.
– Pamiętam. Z rana będziesz łowił pstrągi, wieczorami zapijał pałę, a w nocy napruty jak bombowiec przykleisz się do „swojej małej Janet” i po szybkim numerku zaśniesz. Później będziesz już tylko chrapał do rana jak nażarty Grizzly. Tak przez jedno popołudnie i dwa pełne dni. W niedzielę wrócisz do żonki, a ja do pustego domu przy jeziorze.
Ortega odstawił szklankę z głośnym stuknięciem i przez chwilę przypatrywał się jej w milczeniu. Później rozłożył ramiona i głośno westchnął.
– Janet, dlaczego tak mówisz?
– Bo właśnie tak było dawniej w Canyon Creek – odparła rzeczowo.
– Ale w zimie nie ma tam wędkarzy.
– Nie bądź żałosny, Jose.
– Chodzi ci o wycieczkę, tak?
Spojrzała bystro, ale nic nie odpowiedziała.
– Zupełnie nie mogę zrozumieć, co cię napadło. W Montanie jest tyle pięknych miejsc. Dlaczego sierociniec się uparł, żeby pokazać dzieciakom firmę softwarową? Co tu jest ciekawego do oglądania?
Dopiła drinka, a później odłożyła pustą szklankę na blat, ale nie odezwała się ani słowem.
– O to chodzi, tak? – nalegał Ortega.
– Chodzi o to, że jesteś nieludzki. Dlaczego nie możesz zgodzić się na wizytę kilku dzieciaków? Czego ty się boisz? Że wyżłopią ci zapasy burbona? Nie bój się, będę ich broniła jak lwica.
– To nie takie proste, Janet.
– A co w tym skomplikowanego, Jose? Co tu można ukraść? Cztery ściany? To biurko? A może ubzdryngolonego whisky Ortegę razem z fotelem – zaśmiała się.
– Widzę, że ci naprawdę na tym zależy.
– Tak, bo w przeciwieństwie do ciebie, myślę o innych. Wiesz, jak mało radości mają takie dzieci. Całe życie w szarym domu na przedmieściu. Zamiast mamy wychowawca. Nikt ich nie odwiedza, a święta spędzają u innych jak bezdomne psy. Wiesz o tym?
Grubasek uniósł brwi, a później cmoknął, przymrużył jedno oko i pokręcił ze zdumieniem głową.
– Nie wiedziałem, że aż tak ci zależy – powiedział w zamyśleniu.
– No to już wiesz.
– No, nie wiem, nie wiem. – Mężczyzna przeciągnął się leniwie, a potem zatarł dłonie i uśmiechnął, jak wygłodzony drwal na widok połcia słoniny. – Może dałoby się coś zrobić dla małej Janet. Gdyby tylko znów zrobiła się milusia?
Dziewczyna nie odwzajemniła uśmiechu. Szybko nalała sobie miarkę burbona, a potem spojrzała mu w oczy i wypiła do dna.
– To co, zgodzisz się? – zapytała rzeczowo.
– Aleś się konkretna zrobiła, Janet. Nie tak prędko. Najpierw polej jeszcze po lufce.
Gdy przygotowywała drinki, podniósł się, podszedł do wyjścia i przekręcił klucz. Na szczęk zamka odwróciła głowę, ale nie zaprotestowała. Wracając wziął od niej szklankę i rozparł się w fotelu. Chwilę pili w milczeniu. Później Janet wyciągnęła z kieszonki niewielką żółtą kartkę.
– To co, mogę cię połączyć?
– OK, ale najpierw usiądź mi na kolanach.
– Po co?
– Usiądź, to się dowiesz.
– Jak usiądę to porozmawiasz z nimi, tak?
Nie odpowiedział. Obrócił się na bok i wskazał ręką grube uda. Czarne spodnie wykonano z wysokogatunkowej wełny. Brązowy pasek cierpiał solidarnie z guzikami koszuli, mocując się z okazałym brzuchem, który już od wielu lat toczył przeciw nim skazaną na niepowodzenie wojnę o mehr Lebensraum.
– Siadaj!
– I wtedy się zgodzisz?
– Wtedy pomyślę – zaśmiał się.
Panujące w pomieszczeniu napięcie udzieliło się wreszcie dziewczynie. Delikatnie ścisnęła i rozkurczyła uda. Później udając, że poprawia włosy, dotknęła ramieniem swędzących brodawek.
– Ale zgodzisz się?
– Najpierw usiądź, Janet.
Szybkim ruchem dopiła resztę whisky. Później wstała i podeszła do Ortegi. Nie usiadła. Stanęła obok i opuściła bezradnie ręce. Napięcie sięgnęło szczytu. Nagłym ruchem objął ją wpół i posadził na kolanach, bokiem do siebie. Lewą ręką objął za szyję, a prawą rozpiął bluzkę i uwolnił kształtną pierś. Sutek był sinoczerwony i twardy i mężczyzna przylgnął do niego jak wygłodzony niemowlak do smoczka.
Janet przymknęła oczy i odchyliła się do tyłu, ale po chwili opanowała się, chwyciła w dłonie łysiejącą głowę i odsunęła go na bezpieczną odległość.
– Zgodzisz się?
– Tak, Janet. Tak, mój kwiatuszku. Wszystko co zechcesz.
– Ale najpierw, Jose.
– Co najpierw? – Nieprzytomny wzrok napotkał podkreślone tuszem, zielone oczy. Patrzyły uważnie i bez emocji.
– Najpierw cię połączę.
– Co!?
– Najpierw cię połączę z sierocińcem.
– Zwariowałaś? W takiej chwili?
– No to wracam, dyrektorze. – Dziewczyna zsunęła poły bluzki i zrobiła gest, jakby chciała wstać.
– Dobrze, już dobrze, kobieto, łącz mnie, skoro to takie ważne. – Ortega machnął ze złością ręką. Grymas wściekłości kontrastował z uśmiechem triumfu na zarumienionej twarzy Janet.
Dziewczyna uśmiechała się również następnego ranka, gdy spostrzegła za oknem szóstkę maszerujących dzieci. Nacisnęła guzik i pochyliła się nad interkomem.
– Już przyszli. Chce pan ich oprowadzić, inżynierze Ortega.
– Ach, daj mi już spokój – odburknął wydobywający się z plastikowej skrzynki głos. – Niech Mike się tym zajmie. Tylko nie wpuszczać mi do laboratorium żadnych opiekunów. Same bachory. Wychowawcy niech sobie wypiją kawę z ochroną.
Janet podniosła się, ruszyła do wyjścia i po krótkim marszu dotarła do metalowych, rozsuwanych drzwi. Doxer zgłosił się, zanim dotknęła ich dłonią. Głos płynął wprost z umieszczonej nad wejściem kratki.
– Witam w laboratoriach Lakeside Software. W czym mogę pomóc?
– Witaj JayPeg – odparła, zadzierając głowę. – Czy możesz wywołać Mike’a?
W czasie krótszym niż mrugnięcie oka, autonomiczny podzespół programu przetworzył uderzające w niebieską płytkę drgania powietrza w impulsy elektryczne. Te po wzmocnieniu i normalizacji zmieniły się w sunący potok cyfr. Gdy pierwsza z liczb trafiła w mikroprocesorowe serce doxera, myślenie maszyny rozdwoiło się. Jeden tor przeprowadził analizę widmową. Uzyskane wyniki porównał z próbkami głosów autoryzowanych użytkowników. Okazało się, że barwa nie może należeć do nikogo innego jak tylko do sekretarki, panny Janet Braxton. Drugi z wątków w tym samym czasie dokonał rozpoznania wyrazów i przesłał wyniki do bardziej złożonej procedury rozumienia języka naturalnego. Ta w ułamku sekundy wyprodukowała zdanie, które po zamianie na sygnał wprawiło w ruch niebieską płytkę umieszczoną nad głową kobiety.
– Nie ma sprawy, Janet – powiedział JayPeg. – Jaki jest powód?
– Ma oprowadzić wycieczkę z sierocińca.
Po kilkunastu sekundach drzwi rozsunęły się.
– Wycieczka z sierocińca!? – wrzasnął mężczyzna w progu. Miał na oko dwadzieścia pięć lata i mówiąc, gestykulował gwałtownie. Szczupłe rysy twarzy uwypuklały wysokie czoło intelektualisty, a wyłupiaste oczy i lekko garbaty nos upodabniały go do bociana. –  Czy ten Ortega zwariował? No powiedz sama, Janet, czy ja wyglądam na niańkę?

[ na górę strony ]

< strona 2 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.