| |
|
– Obserwujemy ją od
roku. Natalia jest bardzo zdolna i inteligentna, ale ma głębokie
zaburzenia emocjonalne. Jej ojciec cierpi na nerwicę histeryczną. W
połączeniu z depresyjnym charakterem matki sprawiło to, że dziewczyna
wychowywała się w całkowicie skrzywionej perspektywie uczuciowej.
– To przecież norma wśród naszych rekrutów, no nie, doktorku?
– Dziewczyna ma problemy w uświadamianiu sobie najprostszych emocji –
Miller poprawił okulary, udając, że nie usłyszał przytyku.
– Odnosi sukcesy zawodowe i jest przekonana, że tego właśnie
chce, ale w rzeczywistości napędza ją siła znacznie potężniejsza.
Natalia chce być akceptowana i kochana. Nie widzi, że dążenie do
doskonałości, które w jej mniemaniu ma uczynić ją wartościową dla
innych, w rzeczywistości jeszcze bardziej ją izoluje. Mimo że ma wielu
znajomych, tak naprawdę jest zupełnie samotna. Często ma wrażenie, że
znalazła się w „szklanym kloszu”.
Kappa sięgnął do marynarki i wyjął oprawione w skórę urządzenie, które
na pierwszy rzut oka przypominało niewielki notes. Otworzył je i
sięgnął po umocowany w zgięciu rylec, a następnie zbliżył go do białej
powierzchni, która znajdowała się na wewnętrznej stronie obydwu okładek.
– Szklany klosz – powtórzył za Millerem, notując. W miejscach,
gdzie rylec dotykał białego materiału, pojawiały się wyraźne litery,
tak jakby pisał po papierze, choć z pewnością tworzywa nie wykonano z
celulozy.
– Dokładnie – potwierdził psycholog. – Tak właśnie określa w myślach
swoje życie. Skłonny do wybuchów i przemocy ojciec spowodował, że w
całości odwróciła się uczuciowo w stronę matki. Jednak ta jest osobą o
wyjątkowo słabym i depresyjnym charakterze, więc od najwcześniejszych
lat w dziewczynie rozwijało się poczucie niskiej wartości.
– Niezła rodzinka.
– Tak, masz rację. Przekonanie, że nie dorównuje nikomu, poparte
faktem, że rodzice Natalii żyją na granicy ubóstwa, wywołało w
dziewczynie poczucie winy i wiele kompleksów, które na szczęście
działały motywująco.
– Z biednej rodziny – znów zanotował Kappa. – Co masz na myśli, mówiąc
o motywujących kompleksach?
– Natalia bez przerwy wytycza sobie heroiczne cele i osiąga je. W
podświadomości jednak pragnie, aby osoba, z którą jest silnie związana
emocjonalnie, matka, zaakceptowała jej sukces. Tak się jednak nigdy nie
dzieje, bo „Usta Ciemności”, jak ją żartobliwie nazywa dziewczyna, są
święcie przekonane, że każde zwycięstwo córki to tylko kolejny krok na
drodze do totalnej katastrofy. Wygląda to na osobowość pogranicza albo
zalążki narcyzmu.
– Idealna kandydatka – Kappa wypuścił kolejną porcję dymu. – Coś
jeszcze?
– Tak. Dążenie do perfekcji w każdej dziedzinie poparte przekonaniem,
że nikomu nie dorównuje, sprawiło, że po pierwsze jest doskonałą
specjalistką w swoim fachu. Po drugie ma olbrzymi zasób wiedzy ogólnej,
począwszy od filozofii, poprzez psychologię, biologię molekularną i
fizykę kwantową, a na sztuce kończąc.
– To wprost wspaniale, doktorku. Takich operatorów nam właśnie trzeba,
nie?
– Niestety. – Miller upił łyk herbatki i westchnął. – Dziewczyna płaci
za to wysoką cenę. Wypala się uczuciowo, goniąc znikający punkt. Nie
widzi, że to ona, a nie świat jest przyczyną izolacji. Bardzo cierpi. Z
doświadczenia widzę, że maszeruje prosto w stronę poważnych zaburzeń.
Skończy się to jak u ojca: trwałą histerią, albo tak jak u matki:
depresją schizoidalną. Jedynym ratunkiem jest dla niej związek oparty
na prawdziwym uczuciu i poszanowaniu, ale niestety, w jej obecnym
stanie jest to praktycznie niemożliwe bez rzetelnej terapii. Dlatego...
– Miller zawahał się i spojrzał pod nogi. Później niepewnie wypiął
cherlawą pierś, jakby ten gest mógł uskrzydlić jego gołębie serce. –
Dlatego powinniśmy jej pomóc. Tak, nie przesłyszałeś się, Kappa.
Myślę, że to wartościowy człowiek i musimy podać jej dłoń. To nasz
obowiązek. Póki jeszcze możemy, bo za kilka lat będzie za późno.
– Zgłupiałeś, doktorku? – Kappa aż podskoczył z oburzenia. – A kim my
jesteśmy? Kongregacją Matki Teresy? Zapomniałeś, dla kogo pracujesz?
Normalni ludzie są potrzebni w normalnych firmach. Mnie interesują
wyłącznie intelektualiści ze zwichniętym charakterem. – Wycelował w
niego palcem. – Na dzieciaka zapoluje byle amator. Na zawodowca
wystarcza IQ 120 i gruntowne szkolenie. Ale psychola musi ścigać
psychol. – Odłożył cygaro na spodeczek od kawy, a potem jednym haustem
dokończył espresso i uśmiechnął się cynicznie. – Cudowne dzieci z
zimnym wzrokiem to nasi najlepsi specjaliści. A może zapomniałeś,
jak ty się tu znalazłeś? Mam ci przypomnieć o twoim trudnym
dzieciństwie? Myślisz, że coś usprawiedliwia to, co zrobiłeś tej
nastolatce.
– To przeszłość – profesor skulił się na stołku. Wydawał się przez to
znacznie drobniejszy niż był w rzeczywistości. – Jestem teraz
innym człowiekiem, rozumiesz!
– A dupa tam! – przerwał mu Kappa. – Dla mnie zawsze będziesz tylko
małym zboczeńcem. Jasne!
Zgasił cygaro w filiżance, pieczołowicie schował notes, a potem
podniósł się ciężko i podszedł do Millera. Przez chwilę patrzył z
politowaniem na pomarszczoną twarz sześćdziesięciolatka, a później
prawą ręką złapał go za policzek.
– Nie przejmuj się, doktorku. Boga nie ma – powiedział, tarmosząc go.
Zwolnił ucisk i ruszył w kierunku wyjścia. – Prześlij mi wszystkie dane
o dziewczynie dziś do południa – rzucił za siebie, a przy drzwiach
zatrzymał się, obrócił głowę i profesor znów zajrzał w okrągłe,
nieruchome źrenice. – Pamiętaj, doktorku, do południa.
Miller spuścił wzrok i odwracając się na pięcie, poczłapał w stronę
fotela. To był błąd, bo Kappa wcale nie wyszedł z gabinetu. Trzasnął
drzwiami tylko dla zmyłki, a później szybko się schował za atłasową
kotarą.
Profesor usiadł za biurkiem i podparł ręką czoło. W wyblakłych oczach
pojawiły się łzy.
– Ty bezduszny, gruboskórny chamie – mamrotał pod nosem. – Jak
śmiesz mnie tak traktować? Nic nie wiesz o tych, których werbujesz. Nic
nie wiesz o sercach, które w wieku pięciu lat zamieniają się w kamień.
Nie wiesz, jak to jest, gdy pijany ojciec tłucze cię kijem od golfa, a
zaćpana matka leży we własnych wymiocinach. Nic nie wiesz, Kappa. Nic!
Nie masz prawa mnie oceniać! Nikt nie ma prawa! Nikt! – Uniósł się w
fotelu. Palec wskazujący wygrażał ojcu pijakowi, zwyrodniałej matce,
wychowawcom w sierocińcu, wstrętnym bachorom w przedszkolu, złośliwym
kolegom na studiach i dziewczynom, które go nie chciały. Chudy palec
oskarżał cały świat.
Ale świat nie słuchał małego doktorka ani milionów innych dzieciaków
tłuczonych, oblewanych wrzątkiem, kąpanych we własnych odchodach,
bitych po nerkach, gwałconych, oddawanych do domu dziecka, zmuszanych
do ciężkich prac, wyzywanych, lżonych, wykorzystywanych. Świat tylko
wymierzał im później sprawiedliwość. Tak jak małemu doktorkowi.
– Ty masz gadane, profesorku! – zahuczał nagle basowy śmiech Kappy.
Mężczyzna wyszedł zza kotary i rechotał w najlepsze. – Ale najciekawsze
jest to, że zawsze się nabierasz na ten sam stary numer. Wie ein alter
Esel, nicht wahr?
Po pierwszym słowie Miller podskoczył na fotelu, przyłożył dłoń w
okolice serca i przez jakiś czas oddychał ciężko.
– Co, jeszcze, Kappa? – zapytał po chwili. – Mów, diable, czego jeszcze
chcesz?
– Właściwie to nic wielkiego. Pomyślałem tylko, że mógłbyś w końcu
przestać zabawiać się sam z sobą i po prostu przelecieć tę małą. –
Ruchem głowy wskazał sekretariat, a później ryknął ordynarnym śmiechem,
odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Profesorem wstrząsnął dreszcz. Jeszcze przez jakiś czas regulował
przyspieszony oddech, a później wyczerpany opadł na fotel i apatycznym
wzrokiem podziwiał wiszący nad wejściem portret Zygmunta Freuda. Nagle
drzwi uchyliły się.
– Czy coś się stało, profesorze? – zapytała sekretarka, wsuwając głowę.
Miller znów podskoczył ze zdenerwowania i nim dziewczyna zdążyła
dostrzec jego zapuchnięte od płaczu oczy, instynktownie, jak oświetlony
w ciemności karaluch, wczołgał się pod biurko. Tam, oddzielony od
wzroku sekretarki dębowymi ściankami, zaczął osuszać łzy brzegiem kitla.
– Nie, nic. A dlaczego pani pyta? – zapytał, obmyślając jednocześnie
plan wyjścia z sytuacji. Gdy zauważył stojący pod ścianą stolik,
potruchtał żwawo w jego stronę, jak raczkujące po dnie kojca niemowlę.
– Podobno pan się źle poczuł i pan Kappa poprosił, żebym do pana
zajrzała.
– A to skurwysyn – syknął pod nosem mały doktorek. – Wszystko dobrze,
pani Jolu – powiedział już głośno, wynurzając się plecami zza biurka.
Zanim odwrócił się do niej przodem, sięgnął po leżące na stoliku świeże
wydanie „Psychological Review” i siadając na fotelu, zasłonił nim
twarz. – Najciemniej pod latarnią – dodał z udawaną wesołością. –
Myślałem, że spadło, a ono cały czas leżało sobie spokojniutko na
wierzchu.
– Ale z tego pana Kappy to jajcarz, prawda? – zaśmiała się
dziewczyna. – Jak dzisiaj tego wariata udawał. Ale numer! W
pewnym momencie to pomyślałam, że to prawdziwy czubek. Niesamowity
facet, no nie? Długo go pan zna?
– Dwadzieścia lat, pani Jolu – odpowiedział Miller, a przez głowę po
raz kolejny przeleciało mu tamto zaciemnione, wilgotne pomieszczenie,
dyndająca z sufitu lampa, brudny, pokryty wymiocinami stół, smród
tygodniowego potu, wiadro z odchodami w rogu, potworny ból w jądrach,
smak osocza w opuchniętych od bicia wargach, wąskie dłonie Ahmeda,
uśmiechnięta twarz Kappy i krople krwi ze śluzem kapiące na deski
drewnianego blatu.
– Dwadzieścia cholernych lat – powtórzył szeptem, którego nie słyszała
już ani ładna sekretarka, ani będąca nieco dalej w czasie i przestrzeni
Natalia.
– Kim pan jest? – rzuciła do staromodnej słuchawki.
– Czyżbym się nie przestawił? – zapytał pogodny bas. – Nazywam się
Kappa.
– Kappa, a dalej?
– Pan Kappa. Muszę już kończyć. Proszę przyjść. Vivaldi, dziś, godzina
osiemnasta, stolik numer sześć. Nie pożałuje pani – zapewnił głos i
rozłączył się.
strona 4 z 4
|
|
|