Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY

   3. SZKLANY KLOSZ  
 

strona [«][](3 z 4)[][»]       
 
 
 

 
Nie rozumiem!?
– A może seplenię, co?
– Ale o co się panu w ogóle rozchodzi? – pisnęła sekretarka i instynktownie odsunęła się na bezpieczną odległość. – Był pan umówiony czy nie?
Rozbawienie wyparowało. Stało się to w okamgnieniu i bez żadnych stanów przejściowych: usta mężczyzny ściągnęły się w wąską kreskę, ich kąciki opadły w dół, a on sam popatrzył na sekretarkę jak rzeźnik na jagnię. Wyglądał na jakieś czterdzieści pięć lat. Tęczówki były błękitne jak bezchmurne niebo i zimne jak lód. Jak ryba, przeleciało jej przez głowę, gdy wskazał palcem na plastikowy interkom.
– Niech pani po prostu wciśnie ten guziczek i powie doktorkowi, że przyszedł pan Kappa. Rozumiemy się?
– Ale on ma w tej chwili pacjenta, proszę pana.
– To niech go spławi.
– Słucham? To znaczy – poprawiła się błyskawicznie – przecież to niemożliwe. Mam wyraźne polecenia, proszę pana. Nie mogę tak po prostu przerywać sesji. To jest absolutnie zabronione. Tam jest teraz prezes Banku Handlowego.
– Oczywiście, że nie tak po prostu, droga pani. – Mężczyzna oparł się o kontuar, który pod naporem potężnych łokci zaskrzypiał ostrzegawczo. – Przerwie pani doktorkowi, bo właśnie przyszedł pan Kappa. To absolutnie zmienia postać rzeczy i właściwie chyba wszystko wyjaśnia.
Próbowała nie spuszczać wzroku, ale po sekundzie zamrugała i pochyliła się nad plastikową skrzynką jak zahipnotyzowana. – Profesorze Miller.
– Dlaczego pani mi przerywa. – Skrzeczący głos brzmiał jak zdarta płyta. – Tyle razy prosiłem!
– Jest tu pan Kappa.
– A, pan Kappa. Jak miło. – W dyszkancie pojawiła się nutka fałszywej słodyczy. – Proszę się nim natychmiast zająć, pani Jolu i powiedzieć, że za chwilę będzie mógł wejść. – Trzask przerwał połączenie, ale zanim zdążyła zdjąć palec z klawisza, interkom zaskrzeczał ponownie. – A właściwie, wie pani co? Niech wchodzi od razu. On bardzo nie lubi czekać.
– Rozumiem, profesorze. – Dziewczyna odetchnęła z ulgą i wyszła zza kontuaru. Miała na sobie szarą garsonkę. Spódniczka sięgała ciut przed kolana, a zgrabne łydki kończyły się dwoma pantofelkami na przedłużonych obcasach. – Co panu zrobić? 
– Co tylko chcesz, kochanie, ale nie tutaj i nie teraz – odparł pan Kappa, uśmiechając się i bezczelnie taksując ją wzrokiem.
– Słucham? – Zatrzepotała rzęsami i od razu ugryzła się w język.
Wesołość uleciała w jednej chwili
– Na razie kawa – odparł chłodno i precyzyjnie, jakby cała sprzeczka była tylko przedstawieniem teatralnym. – Mała espresso z automatu ciśnieniowego.
Gdy pani Jola zniknęła w drzwiach do kuchni, z gabinetu Millera wytoczył się mężczyzna w poluzowanym krawacie. Miał około pięćdziesiątki i gwałtownie gestykulował, a spod czarnej marynarki wystawała niedokładnie wsunięta w spodnie koszula.
– Jak to, nie ma pan dla mnie czasu, profesorze! Przecież byliśmy umówieni. Do cholery, jest pan moim terapeutą, a ja mam zaraz zarząd.
Profesor Miller był siwy jak gołąb. Bródka leninówka i okrągłe okulary w złotych oprawkach upodabniały go do intelektualisty z początków dwudziestego stulecia. Jedną rękę wsadził do kieszeni białego kitla, a drugą napierał na awanturującego się biznesmena.
– Już dobrze – mówił, delikatnie popychając go w stronę wyjścia. – Proszę się uspokoić, panie prezesie. Pani Jola zaraz zaparzy panu herbatki żeńszeniowej, a po południu dokończymy sesję.
Bankowiec zatrzymał się, wziął pod boki i tupnął ze złością nogą.
– Ja nie chcę żadnej herbatki – krzyknął histerycznie. – Ja potrzebuję sesji terapeutycznej i to właśnie teraz, a nie po południu.
– Proszę zrozumieć i mnie.  – Miller ściszył głos i ledwo dostrzegalnie wskazał podbródkiem na stojącego przy recepcji blondyna. – Nagły wypadek.
Zaraz na początku rozmowy pan Kappa zapuścił żurawia za biurko, więc widzieli tylko jego plecy. Po słowie „nagły wypadek” odwrócił się. Profesor był już trochę przyzwyczajony do jego wybryków, ale i on nie potrafił  opanować pierwotnego lęku. Mężczyzna wpatrywał się w nich oczami wielkości spodków od chińskich filiżanek, a z kącika ust zwisała mu strużka śliny.
– Doktorze! Ostatniej pełni znów wszystko wróciło. Straszne sny. Straszne. Najpierw, że jestem wilkołakiem. Ślina kapie mi z pyska, a ja biegnę i gonię po ulicy faceta w czarnym garniturze.
Tu pan Kappa zamrugał, całkiem przytomnie spojrzał na prezesa i zrobił krok w jego kierunku, ale nim ten zdążył się przestraszyć, ni stąd ni zowąd opuścił głowę i zaczął spazmatycznie szlochać.
– On krzyczał: „Nie, nie! Zostaw mnie”, ale ja byłem bez serca. Bez serca, doktorze!. Skoczyłem! Ach, ten trzask pękających kręgów. Żeby pan go słyszał. Trach! Trach! – krzyknął i zamachał im pięścią przed oczami. – A ona. No tak, bo jak skoczyłem, to on zmienił się w nią – bełkotał bezładnie. –  A ona usiadła nagle pod latarnią jak bezbronna kruszynka i mówi do mnie: „Dlaczego mnie nie kochasz, tatusiu. Daj mi buzi. Na dobranoc, tatusiu”. Nazwała mnie tatusiem, słyszy pan?
Kappa znów się rozszlochał, a prezes cofał się krok za krokiem. Najpierw trafił na skórzaną kozetkę  i o mało co nie stracił równowagi. Zaklął pod nosem i ominął ją, ale gdy wyczuł za plecami ścianę, na zadbanej twarzy pojawiły się wyraźnie objawy paniki.
– Nagle znalazłem się na boisku koszykówki – kontynuował Kappa. – Podnoszę piłkę, żeby rzucić kosza, i wtedy czuję, że trzymam w rękach główkę tej dziewczynki. Słyszy mnie pan!? Urwałem głowę własnej córuni. – Zbliżył do siebie potężne łapska, jakby chciał zademonstrować, jak to się działo, a później zakrztusił się, odkaszlnął i zamrugał, jakby budził się z koszmarnego snu. Przez moment czule patrzył na stojącego przy ścianie prezesa, a potem uśmiechnął się słodko i wyciągając obie ręce przed siebie, zrobił krok w jego stronę. – Ale widzę, że nic się nie stało. Chodź moja córuniu. Chodź do tatusia. Tatuś da buzi w czółko, dziecko moje.
– Panie, zabieraj pan te łapy! – krzyknął prezes. Najwyraźniej pod wpływem szoku wszystkie klepki wskoczyły mu na właściwe miejsce, bo gwałtownym ruchem odepchnął szaleńca i ruszył w stronę wyjścia.
Pan Kappa popatrzył na niego z roztargnieniem jak ojciec, który ciągle nie może uwierzyć, że jego ukochana córeczka jest już dorosła i stroi fochy. Później zmarszczył brwi i zaczął rozpinać pasek od spodni. – A, to tak, mała żmijo. Krzyczysz na własnego ojca. Dobrze, nie chciałaś buzi, to teraz tatuś przetrzepie ci tyłek. Chodź tu, Izabelo, ty mały, wstrętny bachorze. Natychmiast!
Tego było już za wiele. Nie zważając na nikogo i na nic, prezes wystartował w stronę drzwi niczym zdalnie sterowana rakieta. Po drodze stłukł porcelanową wazę, a później przewrócił kilkunastoletnią jukę prosto na sekretarkę. Dziewczyna od jakiegoś czasu stała przy ścianie z porcją aromatycznej espresso, obserwując całe zajście z szeroko otwartymi ustami. Teraz krzyknęła, zatoczyła się jak pijana i chcąc przytrzymać upadające drzewko, gwałtownie wyrzuciła tacę do góry. Uwolniona filiżanka pofrunęła długim łukiem i huknęła prezesa w głowę dokładnie w momencie, gdy rozpaczliwym ruchem chwycił za klamkę.
– Ratunku! – rozdarł się, czując spływający po czaszce wrzątek. Później resztką sił otworzył drzwi, wybiegł w deszczowy poranek i już po chwili, cudownie wyleczony, gnał środkiem alei Wojska Polskiego, zawzięcie masując poparzoną łepetynę. Od czasu do czasu przystawał i wygrażał w niewiadomym kierunku, klnąc przy tym w sposób, którego nie powstydziłby się najbardziej zatwardziały recydywista.
Pościg Kappy zakończył się dużo wcześniej. Gdy dotarł do wejścia, zatrzymał się i przez chwilę patrzył za wyrywającym w te pędy prezesem. Później mocnym kopnięciem domknął chyboczące się drzwi.
– Ha, ha, ha – zaśmiał się, wygładzając nastroszoną fryzurę. – Ale jaja. Widziałeś doktorku? Tak się leczy sfiksowanych mieszczuchów. Klin klinem, a nie żadne tam psychoanalizy, no nie?
Profesor oparł się o kant biurka i odetchnął z ulgą, ale pani Jola w dalszym ciągu podpierała przechyloną palmę. Miała szeroko otwarte usta i poruszała powiekami z częstotliwością ruchu skrzydeł motyla.
– Zawsze powtarzam, że nie ma to jak trochę rozrywki – Kappa wygładził klapy marynarki, a potem nagle spoważniał i zawiesił ciężkie spojrzenie na sekretarce. – Pani Jolu, czy ja nie mówiłem wyraźnie, że nie znoszę czekać?
Niezdolna do ruchu dziewczyna wpatrywała się w niego jak skoczek pustynny w grzechotnika, a sztuczny uśmiech wskazywał, że zastanawia się, czy pan Kappa jest normalny i tylko udawał wariata, czy też jest dokładnie na odwrót i oto stoi przed nią wariat nieudolnie podszywając się pod normalnego.
– Słucham?
– Do cholery, czyżbym znów seplenił!? Przecież ciągle nie mam kawy!
Po chwili siedział już w gabinecie psychologa. Stojąca przed nim filiżanka espresso wydzielała przyjemny aromat, a obok parzyła się ziołowa herbatka profesora. Odwrócony tyłem psycholog wspiął się na palce i szperał w wysokim regale. Co jakiś czas wyjmował kilka papierowych teczek, przeglądał je i odkładał na miejsce.
– Dobra. Co dla mnie masz, doktorku? – Kappa poprawił się na fotelu i wyciągnął z kieszeni metalowy cylinder. Wewnątrz znajdowało się cygaro grube jak kciuk dorosłego mężczyzny. Przez chwilę ugniatał je w palcach, a później obciął końcówkę, przypalił i z przyjemnością wypuścił pierwszą porcję dymu.
– Kha, kha – zakaszlał Miller. – Wiesz, że to jest rakotwórcze?
– Trudno. Szybciej wyciągniesz kopyta, stara pierdoło – zarechotał Kappa.
– A mógłbyś przynajmniej usiąść bliżej okna?
– Nie. To ty siądź sobie przy oknie.
– Przecież to mój gabinet.
– No i co z tego? – Mężczyzna patrzył dokładnie w oczy psychologa. Niewielkie okrągłe źrenice były nieruchome jak wzrok czatującego lamparta.
– Nie ma sprawy – Miller opuścił głowę. Nienawidził tego spojrzenia. Po prostu nienawidził. Przechodząc obok biurka położył na nim plik formularzy i kilka fotografii, a sam usiadł na trójnożnym stołku pod oknem.
– Ładniutka – stwierdził Kappa, podnosząc zdjęcie. – Nada się?

[ na górę strony ]

< strona 3 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.