| |
|
– Nie rozumiem!?
– A może seplenię, co?
– Ale o co się panu w ogóle rozchodzi? – pisnęła sekretarka i
instynktownie odsunęła się na bezpieczną odległość. – Był pan umówiony
czy nie?
Rozbawienie wyparowało. Stało się to w okamgnieniu i bez żadnych stanów
przejściowych: usta mężczyzny ściągnęły się w wąską kreskę, ich kąciki
opadły w dół, a on sam popatrzył na sekretarkę jak rzeźnik na jagnię.
Wyglądał na jakieś czterdzieści pięć lat. Tęczówki były błękitne jak
bezchmurne niebo i zimne jak lód. Jak ryba, przeleciało jej przez
głowę, gdy wskazał palcem na plastikowy interkom.
– Niech pani po prostu wciśnie ten guziczek i powie doktorkowi, że
przyszedł pan Kappa. Rozumiemy się?
– Ale on ma w tej chwili pacjenta, proszę pana.
– To niech go spławi.
– Słucham? To znaczy – poprawiła się błyskawicznie – przecież to
niemożliwe. Mam wyraźne polecenia, proszę pana. Nie mogę tak po prostu
przerywać sesji. To jest absolutnie zabronione. Tam jest teraz prezes
Banku Handlowego.
– Oczywiście, że nie tak po prostu, droga pani. – Mężczyzna oparł się o
kontuar, który pod naporem potężnych łokci zaskrzypiał ostrzegawczo. –
Przerwie pani doktorkowi, bo właśnie przyszedł pan Kappa. To absolutnie
zmienia postać rzeczy i właściwie chyba wszystko wyjaśnia.
Próbowała nie spuszczać wzroku, ale po sekundzie zamrugała i pochyliła
się nad plastikową skrzynką jak zahipnotyzowana. – Profesorze Miller.
– Dlaczego pani mi przerywa. – Skrzeczący głos brzmiał jak zdarta
płyta. – Tyle razy prosiłem!
– Jest tu pan Kappa.
– A, pan Kappa. Jak miło. – W dyszkancie pojawiła się nutka fałszywej
słodyczy. – Proszę się nim natychmiast zająć, pani Jolu i powiedzieć,
że za chwilę będzie mógł wejść. – Trzask przerwał połączenie, ale zanim
zdążyła zdjąć palec z klawisza, interkom zaskrzeczał ponownie. – A
właściwie, wie pani co? Niech wchodzi od razu. On bardzo nie lubi
czekać.
– Rozumiem, profesorze. – Dziewczyna odetchnęła z ulgą i wyszła zza
kontuaru. Miała na sobie szarą garsonkę. Spódniczka sięgała ciut przed
kolana, a zgrabne łydki kończyły się dwoma pantofelkami na
przedłużonych obcasach. – Co panu zrobić?
– Co tylko chcesz, kochanie, ale nie tutaj i nie teraz – odparł pan
Kappa, uśmiechając się i bezczelnie taksując ją wzrokiem.
– Słucham? – Zatrzepotała rzęsami i od razu ugryzła się w język.
Wesołość uleciała w jednej chwili
– Na razie kawa – odparł chłodno i precyzyjnie, jakby cała sprzeczka
była tylko przedstawieniem teatralnym. – Mała espresso z automatu
ciśnieniowego.
Gdy pani Jola zniknęła w drzwiach do kuchni, z gabinetu Millera
wytoczył się mężczyzna w poluzowanym krawacie. Miał około
pięćdziesiątki i gwałtownie gestykulował, a spod czarnej marynarki
wystawała niedokładnie wsunięta w spodnie koszula.
– Jak to, nie ma pan dla mnie czasu, profesorze! Przecież byliśmy
umówieni. Do cholery, jest pan moim terapeutą, a ja mam zaraz zarząd.
Profesor Miller był siwy jak gołąb. Bródka leninówka i okrągłe okulary
w złotych oprawkach upodabniały go do intelektualisty z początków
dwudziestego stulecia. Jedną rękę wsadził do kieszeni białego kitla, a
drugą napierał na awanturującego się biznesmena.
– Już dobrze – mówił, delikatnie popychając go w stronę wyjścia. –
Proszę się uspokoić, panie prezesie. Pani Jola zaraz zaparzy panu
herbatki żeńszeniowej, a po południu dokończymy sesję.
Bankowiec zatrzymał się, wziął pod boki i tupnął ze złością nogą.
– Ja nie chcę żadnej herbatki – krzyknął histerycznie. – Ja potrzebuję
sesji terapeutycznej i to właśnie teraz, a nie po południu.
– Proszę zrozumieć i mnie. – Miller ściszył głos i ledwo
dostrzegalnie wskazał podbródkiem na stojącego przy recepcji blondyna.
– Nagły wypadek.
Zaraz na początku rozmowy pan Kappa zapuścił żurawia za biurko, więc
widzieli tylko jego plecy. Po słowie „nagły wypadek” odwrócił się.
Profesor był już trochę przyzwyczajony do jego wybryków, ale i on nie
potrafił opanować pierwotnego lęku. Mężczyzna wpatrywał się w
nich oczami wielkości spodków od chińskich filiżanek, a z kącika ust
zwisała mu strużka śliny.
– Doktorze! Ostatniej pełni znów wszystko wróciło. Straszne sny.
Straszne. Najpierw, że jestem wilkołakiem. Ślina kapie mi z pyska, a ja
biegnę i gonię po ulicy faceta w czarnym garniturze.
Tu pan Kappa zamrugał, całkiem przytomnie spojrzał na prezesa i zrobił
krok w jego kierunku, ale nim ten zdążył się przestraszyć, ni stąd ni
zowąd opuścił głowę i zaczął spazmatycznie szlochać.
– On krzyczał: „Nie, nie! Zostaw mnie”, ale ja byłem bez serca. Bez
serca, doktorze!. Skoczyłem! Ach, ten trzask pękających kręgów. Żeby
pan go słyszał. Trach! Trach! – krzyknął i zamachał im pięścią przed
oczami. – A ona. No tak, bo jak skoczyłem, to on zmienił się w nią –
bełkotał bezładnie. – A ona usiadła nagle pod latarnią jak
bezbronna kruszynka i mówi do mnie: „Dlaczego mnie nie kochasz,
tatusiu. Daj mi buzi. Na dobranoc, tatusiu”. Nazwała mnie tatusiem,
słyszy pan?
Kappa znów się rozszlochał, a prezes cofał się krok za krokiem.
Najpierw trafił na skórzaną kozetkę i o mało co nie stracił
równowagi. Zaklął pod nosem i ominął ją, ale gdy wyczuł za plecami
ścianę, na zadbanej twarzy pojawiły się wyraźnie objawy paniki.
– Nagle znalazłem się na boisku koszykówki – kontynuował Kappa. –
Podnoszę piłkę, żeby rzucić kosza, i wtedy czuję, że trzymam w rękach
główkę tej dziewczynki. Słyszy mnie pan!? Urwałem głowę własnej córuni.
– Zbliżył do siebie potężne łapska, jakby chciał zademonstrować, jak to
się działo, a później zakrztusił się, odkaszlnął i zamrugał, jakby
budził się z koszmarnego snu. Przez moment czule patrzył na stojącego
przy ścianie prezesa, a potem uśmiechnął się słodko i wyciągając obie
ręce przed siebie, zrobił krok w jego stronę. – Ale widzę, że nic się
nie stało. Chodź moja córuniu. Chodź do tatusia. Tatuś da buzi w
czółko, dziecko moje.
– Panie, zabieraj pan te łapy! – krzyknął prezes. Najwyraźniej pod
wpływem szoku wszystkie klepki wskoczyły mu na właściwe miejsce, bo
gwałtownym ruchem odepchnął szaleńca i ruszył w stronę wyjścia.
Pan Kappa popatrzył na niego z roztargnieniem jak ojciec, który ciągle
nie może uwierzyć, że jego ukochana córeczka jest już dorosła i stroi
fochy. Później zmarszczył brwi i zaczął rozpinać pasek od spodni. – A,
to tak, mała żmijo. Krzyczysz na własnego ojca. Dobrze, nie chciałaś
buzi, to teraz tatuś przetrzepie ci tyłek. Chodź tu, Izabelo, ty mały,
wstrętny bachorze. Natychmiast!
Tego było już za wiele. Nie zważając na nikogo i na nic, prezes
wystartował w stronę drzwi niczym zdalnie sterowana rakieta. Po drodze
stłukł porcelanową wazę, a później przewrócił kilkunastoletnią jukę
prosto na sekretarkę. Dziewczyna od jakiegoś czasu stała przy ścianie z
porcją aromatycznej espresso, obserwując całe zajście z szeroko
otwartymi ustami. Teraz krzyknęła, zatoczyła się jak pijana i chcąc
przytrzymać upadające drzewko, gwałtownie wyrzuciła tacę do góry.
Uwolniona filiżanka pofrunęła długim łukiem i huknęła prezesa w głowę
dokładnie w momencie, gdy rozpaczliwym ruchem chwycił za klamkę.
– Ratunku! – rozdarł się, czując spływający po czaszce wrzątek. Później
resztką sił otworzył drzwi, wybiegł w deszczowy poranek i już po
chwili, cudownie wyleczony, gnał środkiem alei Wojska Polskiego,
zawzięcie masując poparzoną łepetynę. Od czasu do czasu przystawał i
wygrażał w niewiadomym kierunku, klnąc przy tym w sposób, którego nie
powstydziłby się najbardziej zatwardziały recydywista.
Pościg Kappy zakończył się dużo wcześniej. Gdy dotarł do wejścia,
zatrzymał się i przez chwilę patrzył za wyrywającym w te pędy prezesem.
Później mocnym kopnięciem domknął chyboczące się drzwi.
– Ha, ha, ha – zaśmiał się, wygładzając nastroszoną fryzurę. – Ale
jaja. Widziałeś doktorku? Tak się leczy sfiksowanych mieszczuchów. Klin
klinem, a nie żadne tam psychoanalizy, no nie?
Profesor oparł się o kant biurka i odetchnął z ulgą, ale pani Jola w
dalszym ciągu podpierała przechyloną palmę. Miała szeroko otwarte usta
i poruszała powiekami z częstotliwością ruchu skrzydeł motyla.
– Zawsze powtarzam, że nie ma to jak trochę rozrywki – Kappa wygładził
klapy marynarki, a potem nagle spoważniał i zawiesił ciężkie spojrzenie
na sekretarce. – Pani Jolu, czy ja nie mówiłem wyraźnie, że nie znoszę
czekać?
Niezdolna do ruchu dziewczyna wpatrywała się w niego jak skoczek
pustynny w grzechotnika, a sztuczny uśmiech wskazywał, że zastanawia
się, czy pan Kappa jest normalny i tylko udawał wariata, czy też jest
dokładnie na odwrót i oto stoi przed nią wariat nieudolnie podszywając
się pod normalnego.
– Słucham?
– Do cholery, czyżbym znów seplenił!? Przecież ciągle nie mam kawy!
Po chwili siedział już w gabinecie psychologa. Stojąca przed nim
filiżanka espresso wydzielała przyjemny aromat, a obok parzyła się
ziołowa herbatka profesora. Odwrócony tyłem psycholog wspiął się na
palce i szperał w wysokim regale. Co jakiś czas wyjmował kilka
papierowych teczek, przeglądał je i odkładał na miejsce.
– Dobra. Co dla mnie masz, doktorku? – Kappa poprawił się na fotelu i
wyciągnął z kieszeni metalowy cylinder. Wewnątrz znajdowało się cygaro
grube jak kciuk dorosłego mężczyzny. Przez chwilę ugniatał je w
palcach, a później obciął końcówkę, przypalił i z przyjemnością
wypuścił pierwszą porcję dymu.
– Kha, kha – zakaszlał Miller. – Wiesz, że to jest rakotwórcze?
– Trudno. Szybciej wyciągniesz kopyta, stara pierdoło – zarechotał
Kappa.
– A mógłbyś przynajmniej usiąść bliżej okna?
– Nie. To ty siądź sobie przy oknie.
– Przecież to mój gabinet.
– No i co z tego? – Mężczyzna patrzył dokładnie w oczy psychologa.
Niewielkie okrągłe źrenice były nieruchome jak wzrok czatującego
lamparta.
– Nie ma sprawy – Miller opuścił głowę. Nienawidził tego spojrzenia. Po
prostu nienawidził. Przechodząc obok biurka położył na nim plik
formularzy i kilka fotografii, a sam usiadł na trójnożnym stołku pod
oknem.
– Ładniutka – stwierdził Kappa, podnosząc zdjęcie. – Nada się?
strona 3 z 4
|
|
|