Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY

   3. SZKLANY KLOSZ  
 

strona [«][](2 z 4)[][»]       
 
 
 

 
– No mów! Już będę słuchać. Obiecuję. – Natalia podniosła się i przeciągnęła dłonią po jej ramieniu, a Hania pokiwała głową na znak zgody, a potem zaciągnęła się po raz ostatni i zdusiła mentola w metalowej popielniczce. 
– No więc z jednej strony chcesz być z kimś niezwykłym – powiedziała, wypuszczając dym – ale tacy ludzie są odjechani i w ogóle inni. A ty się tej inności boisz. No więc szukasz pretekstu, żeby wszystko zerwać. Wtedy rozglądasz się dla odmiany za kimś statecznym. Stabilizacja cię szybko nudzi. Nie, cofam to. Nie nudzi. Ty się też jej boisz, tylko inaczej. Boisz się, że będziesz przeciętna, że skończysz tak jak wszyscy. Więc znów zaczynasz szukać kogoś odjazdowego. Koło się zamyka. Po prostu się miotasz.
– To nie jest takie proste, Hanka – odparła Natalia podniesionym głosem. – Ja się naprawdę staram, ale czasami mam takie wrażenie, jakbym była zawieszona w próżni. Jakbym była zupełnie obca. Dla wszystkich razem i dla każdego z osobna. Jakbym podróżowała zamknięta w szklanej bańce albo szła w tunelu z folii. Widzę ludzi tylko z boku, przez szybę. Nic dla mnie nie znaczą. Ale i ja dla nich nic nie znaczę. Tak naprawdę nikt mnie nie chce. Nie chce tego, co jest we mnie w środku. Wszyscy tylko patrzą, jak wyglądam i co na sobie mam. No więc wyglądam tak, jak chcą, i jestem taka, jak chcą. Ale to mnie nudzi. – Machnęła ręką. – A zresztą, sama nie wiem. Mówię ci tylko, że czasami się czuję, jakbym całe życie... – urwała nagle i wyglądało, że chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniła zamiar z obawy, że się nadmiernie odsłoni.
Hania otworzyła usta, jakby widziała przyjaciółkę po raz pierwszy w życiu. Cisza trwała nieprzyzwoicie długo, więc gwizdanie telefonu stało się wybawieniem. Spojrzała na wyświetlacz.
– No cześć, Ivo. Nie, wcale mi nie przeszkadzasz.
– ...
– Dobrze się składa, bo właśnie wychodzę. Do zobaczenia u ciebie – powiedziała, a później przerwała połączenie i popatrzyła na koleżankę. –  No, muszę lecieć, stara. Właśnie się umówiłam na wieczór z moim chłopakiem.
Natalia spojrzała na zegar ścienny, który wisiał naprzeciw, trochę wyżej i na  prawo od głowy jej przyjaciółki.
– Przecież dopiero pierwsza.
– Zakochani nie liczą godzin – roześmiał się rudzielec.
– Jesteś zakochana?
– A to takie dziwne? Ja zawsze jestem zakochana. Nie zdążyłaś się przyzwyczaić?
– A tamci?
– Jacy tamci?
– No George i... bodajże Isoto, jak dobrze zapamiętałam.
– Teraz ja dam ci radę, kochanie. – Ruda wstała, obciągnęła sukienkę i pochyliła się nad nią. – Prawdziwa kobieta nigdy nie zamyka wszystkich furtek.
– Ale z ciebie numer, Hanka.
– No, nie marudź, stara. Buzi. Lecę i życz mi powodzenia – powiedziała i cmoknęła ją w policzek na pożegnanie.
– Powodzenia – rzuciła za nią Natalia, a później podniosła się i domknęła drzwi. Potem usiadła za stołem i zaczęła bez celu wpatrywać się w okno. Deszcz bębnił miarowo, ozdabiając szybę srebrną pajęczyną. Opalizująca w świetle dnia struktura wydawała się bardzo skomplikowana, a mimo to spadające krople bez trudu odnajdywały drogę do rozległego dorzecza. Były same tylko przez krótki czas. Później przyłączały się do któregoś ze strumyków i raźno spływały w dół.
Nagle dostrzegła odmieńca. Łezka miała obły kształt i zamiast spływać, drgała jakby nie mogła podjąć decyzji, co dalej. Pod nią przycupnęły dwie drobinki, małe na tyle, żeby oszukać grawitację. Kropla przyglądała im się przez moment, tak jak polujący gepard przygląda się antylopom, a potem wolno ruszyła w dół, połknęła je i natychmiast przyspieszyła, jakby ten skromny posiłek dał jej nową siłę. Rozpędzała się coraz bardziej i po chwili gnała już trudnym do przewidzenia torem. Zjeżdżając, pochłaniała wszystko, co stanęło jej na drodze, i rosła. Po karkołomnym rajdzie trafiła wreszcie na całkowicie suchy obszar i nie znajdując tam nic prócz siebie do zaspokojenia wilczego apetytu, rozmazała się po szybie, znacząc agonię długim mokrym śladem.
Natalia podniosła się z krzesła. Oczy miała wilgotne od łez. Usiadła na brzegu tapczanu i wzięła na kolana Dinaha. Chwilę go głaskała, a później podniosła wyżej i wtuliła twarz w gęste czarne futro.
– Ale za to ty mnie kochasz, prawda? Moja miłość, moja prawdziwa miłość – szlochała do czasu, gdy w przymocowanym do drzwi szafy lustrze dostrzegła sylwetkę młodej kobiety w uścisku z kotem. Wtedy odłożyła go na stół, a sama oparła się o ścianę, podciągnęła nogi pod brodę, ukryła twarz w dłoniach i dopiero teraz rozryczała się na całego. Drobne ramiona drgały wstrząsane seriami łkań. Podpierana łokciami głowa poruszała się wraz z nimi, a długie blond włosy zwisały bezładnie.
Przenikliwy jazgot bez problemu wyrwałby susła z zimowego snu. Telefon miał staromodną słuchawkę na skręconym kablu. Podniosła ją dopiero po trzecim dzwonku.
– Dzień dobry, Natalio. – Pogodny bas był bardzo niski i mówił po polsku z obcym akcentem.
– Tak, słucham. – Dziewczyna otarła łzy wierzchem dłoni i pociągnęła nosem.
– Nazywam się Kappa i chciałbym zaprosić panią dziś wieczór na kolację do restauracji Vivaldi.
– Słucham!?
– Vivaldi, pani Natalio – powtórzył uprzejmy bas.
– Nie rozumiem?
– Vi – Val – Di! – sylabizował głos. – Wie pani, gdzie to jest?
– Nie – odpaliła automatycznie, ale ton sugerował, że właściwie nie to miała na myśli.
– Na terenie Ogrodu Saskiego pomiędzy placem Bankowym a Senatorską. Dokładniej Senatorska 35. Musi pani uważać, bo łatwo ją przeoczyć. Trafi pani?
– Tak, ale...
Nieznajomy bas w lot podchwycił jej niezdecydowanie. Odpowiedział całkiem logicznie, ale znów nie w sposób, jakiego by sobie życzyła
– Wiem, wiem, wiem. Zapomniałem o najważniejszym. Stolik numer sześć, godzina osiemnasta. Zresztą, po co sobie zawracać głowę takimi szczegółami. Niech pani po prostu spyta kelnera o rezerwację na nazwisko Kappa. Ważna jest tylko godzina. Osiemnasta! Proszę pamiętać. Nie znoszę czekać.
– Ale mi chodzi o to, proszę pana...
– Pani Natalio – przerwał jej ponownie –  proszę dziś zaufać przeznaczeniu. Przecież nie może pani całego życia spędzić w szklanym kloszu.
Dziewczynie kompletnie odjęło mowę. Taką minę musiał mieć Mojżesz, gdy napotkał gorejący krzew. Opuściła słuchawkę na wysokość bioder i utkwiła wzrok w granatowym zegarze ściennym. Gałki oczne poruszały się w lewo i w prawo w rytm żółtej wskazówki sekundnika jak u człowieka, który przeszukuje najdalsze zakamarki pamięci. Szklany klosz! Na rany Chrystusa! Szklany klosz! Skąd, na miłość boską, obcy facet mógł wiedzieć, że studentka ostatniego roku programowania sieciowego tak właśnie kwitowała w myślach swoje dotychczasowe życie. Właśnie! W myślach. Wyłącznie w myślach.
Natalia nie wiedziała ani o małym doktorku, ani o spotkaniu, które odbyło się zaledwie kilka godzin wcześniej. Właśnie wtedy, w dżdżysty kwietniowy poranek elegancka limuzyna alfa romeo zaparkowała przed podjazdem dwupiętrowego domu. Budynek odcinał się od pozostałych kamieniczek w alei Wojska Polskiego na starym Żoliborzu jasnozielonym tynkiem. Drzwi wejściowe miały stylową klamkę i artystycznie kute zawiasy, a mosiężna tablica po lewej stronie informowała, że w willi mieści się prywatna praktyka profesora psychologii Petera Millera.
Pan Kappa wyłączył silnik i spojrzał w lusterko. Później z zadowoleniem przejechał dłonią po jasnych, zaczesanych do góry włosach, odpiął pas i z trudem przepchnął zwalistą sylwetkę przez niewielkie drzwi samochodu. Przy wejściu przystanął i wcisnął dzwonek. Gdy buczenie elektromagnesu zwolniło zamek, szarpnął za klamkę.
– Nie dorobiliście się jeszcze doxera? – zapytał wesoło, przekraczając próg. Na środku zatrzymał się i strzepnął pyłek z niegniotącej się marynarki. Gest wyglądał groteskowo, bo mężczyzna miał ponad dwa metry wzrostu i potężne bary atlety. Szyi nie było widać, bo w całości okrywało ją wykończenie bawełnianego golfu, a wrażenia niewymuszonej elegancji dopełniały szare wełniane spodnie w dobrym gatunku oraz wystające spod nich czubki nowiutkich, jasnobrązowych pantofli.
Sekretarka przyglądała mu się bez słowa zza półokrągłego kontuaru. Gdy wyjęła rękę spod blatu, brzęczenie ustało, a on poszerzył uśmiech i podszedł bliżej.
– I słusznie – kontynuował, nie zwracając uwagi na jej zdziwioną minę. –  Inwestujcie ostrożnie w nowe technologie. Ostatecznie nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie bunt robotów  – zakończył z przekonaniem, ale z zachowania trudno było wywnioskować, czy mówi serio, czy też, najzwyczajniej w świecie, robi sobie jaja.
Dziewczyna pozostała zasadnicza.
– Pan w jakiej sprawie? – zapytała chłodno i poprawiła sięgające do ramion włosy. Na palcach mignęły srebrne pierścionki. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.
– Ja do doktorka. – Ton wypowiedzi był podobny do poprzedniego: ni to poważny, ni to żartobliwy.
– Do jakiego doktorka?
– A ilu macie tu doktorków?
– Chodzi panu o profesora Millera?
– Tak. Niech mu pani powie, że przyszedł pan Kappa.
– Przepraszam, ale czy był pan umówiony?
Mężczyzna odchrząknął i przełknął ślinę.
– Niech mu pani powie – powiedział, bardzo wyraźnie artykułując każdą sylabę –  że przyszedł pan Kappa. To wystarczy. I niech pani zrobi to od razu, bo pan Kappa nie znosi czekać.
– Słucham!? – Dziewczyna ściągnęła gniewnie brwi, a on rozciągnął wargi w stonowanym, zimnym uśmiechu.
– Czy ja się jąkam?

[ na górę strony ]

< strona 2 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.