| |
|
–
No mów! Już będę słuchać. Obiecuję. – Natalia podniosła się i
przeciągnęła dłonią po jej ramieniu, a Hania pokiwała głową na znak
zgody, a potem zaciągnęła się po raz ostatni i zdusiła mentola w
metalowej popielniczce.
– No więc z jednej strony
chcesz być z kimś niezwykłym – powiedziała, wypuszczając dym – ale tacy
ludzie są odjechani i w ogóle inni. A ty się tej inności boisz. No więc
szukasz pretekstu, żeby wszystko zerwać. Wtedy rozglądasz się dla
odmiany za kimś statecznym. Stabilizacja cię szybko nudzi. Nie, cofam
to. Nie nudzi. Ty się też jej boisz, tylko inaczej. Boisz się, że
będziesz przeciętna, że skończysz tak jak wszyscy. Więc znów zaczynasz
szukać kogoś odjazdowego. Koło się zamyka. Po prostu się miotasz.
– To nie jest takie proste,
Hanka – odparła Natalia podniesionym głosem. – Ja się naprawdę staram,
ale czasami mam takie wrażenie, jakbym była zawieszona w próżni. Jakbym
była zupełnie obca. Dla wszystkich razem i dla każdego z osobna. Jakbym
podróżowała zamknięta w szklanej bańce albo szła w tunelu z folii.
Widzę ludzi tylko z boku, przez szybę. Nic dla mnie nie znaczą. Ale i
ja dla nich nic nie znaczę. Tak naprawdę nikt mnie nie chce. Nie chce
tego, co jest we mnie w środku. Wszyscy tylko patrzą, jak wyglądam i co
na sobie mam. No więc wyglądam tak, jak chcą, i jestem taka, jak chcą.
Ale to mnie nudzi. – Machnęła ręką. – A zresztą, sama nie wiem. Mówię
ci tylko, że czasami się czuję, jakbym całe życie... – urwała nagle i
wyglądało, że chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniła
zamiar z obawy, że się nadmiernie odsłoni.
Hania otworzyła usta, jakby
widziała przyjaciółkę po raz pierwszy w życiu. Cisza trwała
nieprzyzwoicie długo, więc gwizdanie telefonu stało się wybawieniem.
Spojrzała na wyświetlacz.
– No cześć, Ivo. Nie, wcale
mi nie przeszkadzasz.
– ...
– Dobrze się składa, bo
właśnie wychodzę. Do zobaczenia u ciebie – powiedziała, a później
przerwała połączenie i popatrzyła na koleżankę. – No, muszę
lecieć, stara. Właśnie się umówiłam na wieczór z moim chłopakiem.
Natalia spojrzała na zegar
ścienny, który wisiał naprzeciw, trochę wyżej i na prawo od głowy
jej przyjaciółki.
– Przecież dopiero pierwsza.
– Zakochani nie liczą godzin
– roześmiał się rudzielec.
– Jesteś zakochana?
– A to takie dziwne? Ja
zawsze jestem zakochana. Nie zdążyłaś się przyzwyczaić?
– A tamci?
– Jacy tamci?
– No George i... bodajże
Isoto, jak dobrze zapamiętałam.
– Teraz ja dam ci radę,
kochanie. – Ruda wstała, obciągnęła sukienkę i pochyliła się nad nią. –
Prawdziwa kobieta nigdy nie zamyka wszystkich furtek.
– Ale z ciebie numer, Hanka.
– No, nie marudź, stara.
Buzi. Lecę i życz mi powodzenia – powiedziała i cmoknęła ją w policzek
na pożegnanie.
– Powodzenia – rzuciła za nią
Natalia, a później podniosła się i domknęła drzwi. Potem usiadła za
stołem i zaczęła bez celu wpatrywać się w okno. Deszcz bębnił miarowo,
ozdabiając szybę srebrną pajęczyną. Opalizująca w świetle dnia
struktura wydawała się bardzo skomplikowana, a mimo to spadające krople
bez trudu odnajdywały drogę do rozległego dorzecza. Były same tylko
przez krótki czas. Później przyłączały się do któregoś ze strumyków i
raźno spływały w dół.
Nagle dostrzegła odmieńca.
Łezka miała obły kształt i zamiast spływać, drgała jakby nie mogła
podjąć decyzji, co dalej. Pod nią przycupnęły dwie drobinki, małe na
tyle, żeby oszukać grawitację. Kropla przyglądała im się przez moment,
tak jak polujący gepard przygląda się antylopom, a potem wolno ruszyła
w dół, połknęła je i natychmiast przyspieszyła, jakby ten skromny
posiłek dał jej nową siłę. Rozpędzała się coraz bardziej i po chwili
gnała już trudnym do przewidzenia torem. Zjeżdżając, pochłaniała
wszystko, co stanęło jej na drodze, i rosła. Po karkołomnym rajdzie
trafiła wreszcie na całkowicie suchy obszar i nie znajdując tam nic
prócz siebie do zaspokojenia wilczego apetytu, rozmazała się po szybie,
znacząc agonię długim mokrym śladem.
Natalia podniosła się z
krzesła. Oczy miała wilgotne od łez. Usiadła na brzegu tapczanu i
wzięła na kolana Dinaha. Chwilę go głaskała, a później podniosła wyżej
i wtuliła twarz w gęste czarne futro.
– Ale za to ty mnie kochasz,
prawda? Moja miłość, moja prawdziwa miłość – szlochała do czasu, gdy w
przymocowanym do drzwi szafy lustrze dostrzegła sylwetkę młodej kobiety
w uścisku z kotem. Wtedy odłożyła go na stół, a sama oparła się o
ścianę, podciągnęła nogi pod brodę, ukryła twarz w dłoniach i dopiero
teraz rozryczała się na całego. Drobne ramiona drgały wstrząsane
seriami łkań. Podpierana łokciami głowa poruszała się wraz z nimi, a
długie blond włosy zwisały bezładnie.
Przenikliwy jazgot bez
problemu wyrwałby susła z zimowego snu. Telefon miał staromodną
słuchawkę na skręconym kablu. Podniosła ją dopiero po trzecim dzwonku.
– Dzień dobry, Natalio. –
Pogodny bas był bardzo niski i mówił po polsku z obcym akcentem.
– Tak, słucham. – Dziewczyna
otarła łzy wierzchem dłoni i pociągnęła nosem.
– Nazywam się Kappa i
chciałbym zaprosić panią dziś wieczór na kolację do restauracji Vivaldi.
– Słucham!?
– Vivaldi, pani Natalio –
powtórzył uprzejmy bas.
– Nie rozumiem?
– Vi – Val – Di! –
sylabizował głos. – Wie pani, gdzie to jest?
– Nie – odpaliła
automatycznie, ale ton sugerował, że właściwie nie to miała na myśli.
– Na terenie Ogrodu Saskiego
pomiędzy placem Bankowym a Senatorską. Dokładniej Senatorska 35. Musi
pani uważać, bo łatwo ją przeoczyć. Trafi pani?
– Tak, ale...
Nieznajomy bas w lot
podchwycił jej niezdecydowanie. Odpowiedział całkiem logicznie, ale
znów nie w sposób, jakiego by sobie życzyła
– Wiem, wiem, wiem.
Zapomniałem o najważniejszym. Stolik numer sześć, godzina osiemnasta.
Zresztą, po co sobie zawracać głowę takimi szczegółami. Niech pani po
prostu spyta kelnera o rezerwację na nazwisko Kappa. Ważna jest tylko
godzina. Osiemnasta! Proszę pamiętać. Nie znoszę czekać.
– Ale mi chodzi o to, proszę
pana...
– Pani Natalio – przerwał jej
ponownie – proszę dziś zaufać przeznaczeniu. Przecież nie może
pani całego życia spędzić w szklanym kloszu.
Dziewczynie kompletnie odjęło
mowę. Taką minę musiał mieć Mojżesz, gdy napotkał gorejący krzew.
Opuściła słuchawkę na wysokość bioder i utkwiła wzrok w granatowym
zegarze ściennym. Gałki oczne poruszały się w lewo i w prawo w rytm
żółtej wskazówki sekundnika jak u człowieka, który przeszukuje
najdalsze zakamarki pamięci. Szklany klosz! Na rany Chrystusa! Szklany
klosz! Skąd, na miłość boską, obcy facet mógł wiedzieć, że studentka
ostatniego roku programowania sieciowego tak właśnie kwitowała w
myślach swoje dotychczasowe życie. Właśnie! W myślach. Wyłącznie w
myślach.
Natalia nie wiedziała ani o
małym doktorku, ani o spotkaniu, które odbyło się zaledwie kilka godzin
wcześniej. Właśnie wtedy, w dżdżysty kwietniowy poranek elegancka
limuzyna alfa romeo zaparkowała przed podjazdem dwupiętrowego domu.
Budynek odcinał się od pozostałych kamieniczek w alei Wojska Polskiego
na starym Żoliborzu jasnozielonym tynkiem. Drzwi wejściowe miały
stylową klamkę i artystycznie kute zawiasy, a mosiężna tablica po lewej
stronie informowała, że w willi mieści się prywatna praktyka profesora
psychologii Petera Millera.
Pan Kappa wyłączył silnik i
spojrzał w lusterko. Później z zadowoleniem przejechał dłonią po
jasnych, zaczesanych do góry włosach, odpiął pas i z trudem przepchnął
zwalistą sylwetkę przez niewielkie drzwi samochodu. Przy wejściu
przystanął i wcisnął dzwonek. Gdy buczenie elektromagnesu zwolniło
zamek, szarpnął za klamkę.
– Nie dorobiliście się
jeszcze doxera? – zapytał wesoło, przekraczając próg. Na środku
zatrzymał się i strzepnął pyłek z niegniotącej się marynarki. Gest
wyglądał groteskowo, bo mężczyzna miał ponad dwa metry wzrostu i
potężne bary atlety. Szyi nie było widać, bo w całości okrywało ją
wykończenie bawełnianego golfu, a wrażenia niewymuszonej elegancji
dopełniały szare wełniane spodnie w dobrym gatunku oraz wystające spod
nich czubki nowiutkich, jasnobrązowych pantofli.
Sekretarka przyglądała mu się
bez słowa zza półokrągłego kontuaru. Gdy wyjęła rękę spod blatu,
brzęczenie ustało, a on poszerzył uśmiech i podszedł bliżej.
– I słusznie – kontynuował,
nie zwracając uwagi na jej zdziwioną minę. – Inwestujcie
ostrożnie w nowe technologie. Ostatecznie nigdy nie wiadomo, kiedy
wybuchnie bunt robotów – zakończył z przekonaniem, ale z
zachowania trudno było wywnioskować, czy mówi serio, czy też,
najzwyczajniej w świecie, robi sobie jaja.
Dziewczyna pozostała
zasadnicza.
– Pan w jakiej sprawie? –
zapytała chłodno i poprawiła sięgające do ramion włosy. Na palcach
mignęły srebrne pierścionki. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.
– Ja do doktorka. – Ton
wypowiedzi był podobny do poprzedniego: ni to poważny, ni to żartobliwy.
– Do jakiego doktorka?
– A ilu macie tu doktorków?
– Chodzi panu o profesora
Millera?
– Tak. Niech mu pani powie,
że przyszedł pan Kappa.
– Przepraszam, ale czy był
pan umówiony?
Mężczyzna odchrząknął i
przełknął ślinę.
– Niech mu pani powie –
powiedział, bardzo wyraźnie artykułując każdą sylabę – że
przyszedł pan Kappa. To wystarczy. I niech pani zrobi to od razu, bo
pan Kappa nie znosi czekać.
– Słucham!? – Dziewczyna
ściągnęła gniewnie brwi, a on rozciągnął wargi w stonowanym, zimnym
uśmiechu.
– Czy ja się jąkam?
strona 2 z 4
|
|
|