Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY

   3. SZKLANY KLOSZ [ « poprzedni rozdział ]     
 

strona [«][](1 z 4)[][»]       
 
 
 

 
Ustawione pod ścianami tanie studenckie tapczany zostawiały niewiele miejsca na przejście. Blondynka leżała w poprzek jednego z nich, opierając się głową o słomianą makatkę. Jej przyjaciółka spoczywała naprzeciw w identycznej pozycji. Nosiła niebieską sukienkę ozdobioną na piersiach trójrzędową falbanką, która maskowała jej niewielki biust.
– I to już koniec? – zapytała. Krótko obcięte i ufarbowane na rudo włosy uwypuklały wąską twarz o rysach delikatnych jak buzia chorego na anemię dziecka.
– Tak, Hania – odparła blondynka. – Koniec i kropka.
U wezgłowia każdego tapczanu znajdował się stół. Ruda uniosła się i sięgnęła po stojącą na nim szklankę z piwem. Upiła łyk, a potem znów oparła się o ścianę i rozprostowała nogi. Przesmyk pomiędzy łóżkami był na tyle wąski, że turkusowe pantofelki dotknęły na moment adidasów przyjaciółki.
– Jesteś pewna, Natalia?
Koleżanka pokiwała smętnie głową. Miała na sobie białą bawełnianą bluzę i żółte spodnie od dresu. Ubranie było obszerne i ukrywało jej zgrabną figurę.
Hania sięgnęła po papierosa.
– Może jeszcze zadzwoni? – Płomyk zapalniczki zapalił się i zgasł, a po chwili aromat tytoniu i mięty przyjemnie połechtał nozdrza.
– W to akurat nie wątpię. – Natalia odbiła się rękami od ściany, usiadła po turecku i uśmiechnęła kpiąco. – A co mu szkodzi? Jedyne, co ryzykuje, to parę słów prawdy i kilka mocniejszych jobów. Myślisz, że go to ruszy?
– A nie?
– Nie żartuj, Hanka. Nie znasz Fabiana? Spłynie po nim jak woda po kaczce. Tak to jest z artystami. Wiesz, jak on to widzi?
– Jak?
– Uda się, to dobrze, a nie, to pofrunę na inny kwiatek. – Natalia prychnęła kpiąco, a później sięgnęła po szklankę z piwem, pociągnęła spory łyk i ze złością odstawiła ją z powrotem. Uderzenie było silne, bo poziom piany w naczyniu podniósł się o milimetr. – To koniec. Jak długo można znosić wybryki idioty w krótkich spodenkach? Taki numer mi wyciął. Co za szuja.
– Ale co się stało?
– Ech, nie chce mi się teraz o tym gadać. Opowiem ci za parę dni. Jak sama ochłonę.
Hania pokiwała ze zrozumieniem głową i taktownie sięgnęła się papierosa. Czerwony punkcik rozżarzył się i przygasł. Przez chwilę milczały obie. Ruda puszczała kółka z dymu, a jej przyjaciółka obserwowała powstające w piwie pęcherzyki gazu. Nagle zerknęła w stronę okna.
– Dinah! Ty mały diable. Co ci zrobił ten kwiatek?
Czarny jak smoła kot zastygł na parapecie. Przez sekundę wpatrywał się w nią żółtymi ślepiami, a później odwrócił łeb i jakby nigdy nic powrócił do przerwanej pracy, która polegała na ogałacaniu z liści paprotki. Natalia zerwała się i wygrażając palcem, podbiegła do okna.
– Ja ci dam, ty zbóju jeden!
Zwierzak zostawił roślinę w spokoju i skoncentrował wzrok na poruszającej się wte i wewte dłoni, próbując zahaczyć o nią którymś z pazurów. Nowa zabawa była dużo ciekawsza, ale niestety trwała krótko. Bez zbędnych ceregieli dziewczyna chwyciła go za luźną skórę na karku i przetransportowała na tapczan. Tam usiadła po turecku, a Dinah wylądował na jej kolanach. Trochę mu się to nie podobało, ale ostatecznie dał się udobruchać kilkoma głaśnięciami i szybko zapadł ni to w sen, ni w drzemkę.
Hania wyjęła z torebki lusterko.
– Jednego, Natalia, nie rozumiem – zagaiła, poprawiając makijaż.  – Jesteś inteligentna, zdolna, masz prezencję, a z tego, co mówisz, to trafiasz na samych porąbańców.
– Masz rację. Ja sama tego nie rozumiem. Albo szuja albo kawał matrymonialnego zbója.
Komórka Hani zaświergotała.
– Poczekaj – powiedziała do przyjaciółki i odkładając lusterko, przyłożyła telefon do ucha. –  Halo. A, to ty. Zadzwoń do mnie później, OK? Rozmawiam teraz.
– ...
– Jak to z kim? A co to, ślub braliśmy, żebyś mnie tak wypytywał?
– ...
– Nie opowiadaj głupot, to nie będziesz musiał przepraszać.
– ...
– Nie, koteczek nie ma dziś czasu – rzuciła w słuchawkę i patrząc na Natalię, przewróciła oczami.
– ...
– Na kolację. A dokąd? – zainteresowała się nagle.
– ...
– Wiesz co, zadzwoń do mnie wieczorem. Nie mówię nie.
– ...
– Dobrze, do wieczora. Pa, pa. – Rozłączyła się i odłożyła komórkę na stół.  – To George. No wiesz, mówiłam ci o nim. To ten naczelny polskiej edycji „Newsweeka” – wyjaśniła i posłała koleżance wymowne spojrzenie.
Natalia westchnęła i pogłaskała kota.– Ty to masz branie, Hania.
– A ty nie?
– No niby też. Tylko, że u mnie wszystko jest popaprane. Na początku wygląda dobrze, a później zawsze się chrzani.
– Samo się chrzani?
– A żebyś wiedziała. Nie mam na to wpływu. Jak tylko poznam kogoś bliżej, to zaraz się okazuje, że to albo pozer, albo idiota, albo nieodpowiedzialny gówniarz. Takie szczęście. – Rozłożyła bezradnie ręce i uśmiechnęła się melancholijnie, a Hania wlała w siebie odrobinę piwa.
– A z kim byłaś przed Fabianem? – zapytała.
– Z Tomkiem.
– I co?
– To samo.
– No właśnie. Do dziś nie rozumiem, co ty od niego chciałaś, Nat? Zaczął karierę w Arthur Andersen Consulting. Z tego, co pamiętam, to miał szerokie plany. Przynajmniej tak mówił. Zawsze uśmiechnięty, skupiony, opanowany. Poza tym był bardzo inteligentny.
– Inteligentny!? – parsknęła drwiąco Natalia. – Nie rozśmieszaj mnie. Wszyscy dawali się nabrać na ten niemy spokój. Powiem ci jedno, kochanie moje: milczący głupol uchodzi na mędrca, dopóki się go lepiej nie pozna.
– Kiedyś mówiłaś coś innego.
– Bo nie znałam go bliżej. Zapamiętaj sobie, Hania, międzynarodowy konsultant finansowy to podszkolony chłop, który zamienił wóz drabiniasty na liczydło. Ot i cała tajemnica.
– Mówisz jak wyrocznia.
– Bo swoje wiem! Tomek miał w głowie żółty ser zamiast mózgu. Stąd ten buddyjski spokój i przyklejony uśmiech.
– A Szaman to miał co i gdzie? – zaśmiała się Hania.
– Ach daj spokój. To było dawno i nieprawda. Poza tym jak się ma dwadzieścia lat, to przebrany za małpę perkusista może zauroczyć, ale wyobraź sobie normalne życie z facetem, który non stop bije się na pięści, a po koncertach goli hektolitry wódy. A jak próbujesz z nim porozmawiać, żeby spoważniał, to wybucha jak histeryczna panienka. Zapomnij!
Komórka znów zagwizdała. Hania spojrzała na wyświetlacz i odebrała połączenie.
– Momencik – powiedziała do koleżanki i opuściła wzrok. – O, Isoto. Dawno nie dzwoniłeś. Co się stało?
– ...
– Nie, dziś nie mogę?
– ...
– Ale dokąd? – zmieniła nagle zdanie.
– ...
– Bo ja wiem. Może? Zadzwoń wieczorkiem.
– ...
– Słuchaj, muszę kończyć. Jestem na seminarium.
– ???
– Jak to na jakim seminarium? – roześmiała się i mrugnęła do Natalii. – Na seminarium o poszanowaniu praw kobiet. Pa, pa. – Przerwała połączenie i odłożyła komórkę na stół. – To Isoto – wyjaśniła. – Poznałam go kilka tygodni temu na imprezce. Ma w Warszawie sieć restauracji japońskich.
– Fajny?
– No pewnie. W każdym jest coś fajnego. Tylko trzeba dobrze patrzeć.
– Ja jakoś nie potrafię.
– A Artur? Chodziliście przecież tak długo.
– Wiedziałam, że w końcu wywleczesz Artura.
Hania posunęła się do przodu i siadła na brzegu łóżka. Turkusowe pantofle opadły na podłogę. – No bo Artur był inny – powiedziała. – Sama ci zazdrościłam. Taka solidna firma. Spokojny, zdecydowany, a już na pewno nie pozer. Prawdziwy inżynier. Sama mówiłaś, że ma równo pod sufitem poukładane.
– Pamiętam, pamiętam – machnęła ręką Natalia. – Artur mocno stąpał po ziemi. To fakt. Wiele razy się zastanawiałam, dlaczego tak się skończyło. Sama wiesz, jak to jest. Człowiek ciągle wraca do starych wspomnień. – Zamyśliła się i westchnęła. – Nie wiem. Niby wszystko szło idealnie, ale w myślach ciągle widziałam nas za kilka lat. No wiesz: on ma brzuszek, siedzi w fotelu i czyta gazetę. Później trochę narzeka na jedzenie i politykę. Ja już nawet nie słucham. Przywykłam. Stoję na ganku naszego rozkosznego domeczku z gromadką dzieci i macham sąsiadom. Mam rozdęty od rodzenia brzuch i obwisły tyłek mamuśki.
– A czego ty chcesz? Przecież tak wygląda normalne życie.
– A bo ja wiem? – Natalia pociągnęła łyk piwa. Z napoju wyparował cały gaz, więc skrzywiła się i odstawiła szklankę na stolik, a później pogłaskała Dinaha, który od razu zaczął sennie mruczeć. – Wiesz, on był taki zwykły – podjęła opowieść. – Taki do bólu przeciętny. Jedyne, o czym marzył, to właśnie mały domek na przedmieściu, gromadka dzieci i święty spokój. A jedyne, o czym potrafił mówić w towarzystwie, to „próbkowanie dźwięku metodą niestacjonarnych stanów Markova”. – Ostatnie zdanie dziewczyna wypowiedziała lekko sepleniącym głosem, który prawdopodobnie miał imitować wadę wymowy jej ekschłopaka.
– No to czego ty szukasz? Ideału? Tajnego agenta i Einsteina w jednej osobie.
– Pewnie tak.
– Życie to sztuka kompromisów, Nat.
– Nie dla mnie! Gdzieś tam daleko na pewno jest moja druga połowa. Trzeba tylko poczekać.
– Hm. – Hania westchnęła i pokiwała głową. – Wiesz, co ci powiem?
– Co?
– Ale jesteśmy przyjaciółkami. Tak?
– No tak.
– Więc mogę ci powiedzieć prawdę?
– Jasne.
– Tylko nie obraź się, bo to ze szczerego serca. Oki?
– No wal!
– Dobrze. Powiem ci, że z tego, co widzę, to ty sama nie wiesz, czego chcesz, a jak ktoś ci o tym mówi, to dostajesz kota, bo...
– Ależ oczywiście, że wiem czego chcę! – przerwała jej gwałtownie Natalia.
– No widzisz. Nawet nie dajesz mi dokończyć.
– Przepraszam, Hania. Tak mi się czasami coś wyrwie. Mów dalej.
Ruda milczała, obserwując padający za oknem deszcz.

[ na górę strony ]

< strona 1 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.