| |
|
Ustawione
pod ścianami tanie studenckie tapczany zostawiały niewiele miejsca na
przejście. Blondynka leżała w poprzek jednego z nich, opierając się
głową o słomianą makatkę. Jej przyjaciółka spoczywała naprzeciw w
identycznej pozycji. Nosiła niebieską sukienkę ozdobioną na piersiach
trójrzędową falbanką, która maskowała jej niewielki biust.
– I to już koniec? –
zapytała. Krótko obcięte i ufarbowane na rudo włosy uwypuklały wąską
twarz o rysach delikatnych jak buzia chorego na anemię dziecka.
– Tak, Hania – odparła
blondynka. – Koniec i kropka.
U wezgłowia każdego tapczanu
znajdował się stół. Ruda uniosła się i sięgnęła po stojącą na nim
szklankę z piwem. Upiła łyk, a potem znów oparła się o ścianę i
rozprostowała nogi. Przesmyk pomiędzy łóżkami był na tyle wąski, że
turkusowe pantofelki dotknęły na moment adidasów przyjaciółki.
– Jesteś pewna, Natalia?
Koleżanka pokiwała smętnie
głową. Miała na sobie białą bawełnianą bluzę i żółte spodnie od dresu.
Ubranie było obszerne i ukrywało jej zgrabną figurę.
Hania sięgnęła po papierosa.
– Może jeszcze zadzwoni? –
Płomyk zapalniczki zapalił się i zgasł, a po chwili aromat tytoniu i
mięty przyjemnie połechtał nozdrza.
– W to akurat nie wątpię. –
Natalia odbiła się rękami od ściany, usiadła po turecku i uśmiechnęła
kpiąco. – A co mu szkodzi? Jedyne, co ryzykuje, to parę słów prawdy i
kilka mocniejszych jobów. Myślisz, że go to ruszy?
– A nie?
– Nie żartuj, Hanka. Nie
znasz Fabiana? Spłynie po nim jak woda po kaczce. Tak to jest z
artystami. Wiesz, jak on to widzi?
– Jak?
– Uda się, to dobrze, a nie,
to pofrunę na inny kwiatek. – Natalia prychnęła kpiąco, a później
sięgnęła po szklankę z piwem, pociągnęła spory łyk i ze złością
odstawiła ją z powrotem. Uderzenie było silne, bo poziom piany w
naczyniu podniósł się o milimetr. – To koniec. Jak długo można znosić
wybryki idioty w krótkich spodenkach? Taki numer mi wyciął. Co za szuja.
– Ale co się stało?
– Ech, nie chce mi się teraz
o tym gadać. Opowiem ci za parę dni. Jak sama ochłonę.
Hania pokiwała ze
zrozumieniem głową i taktownie sięgnęła się papierosa. Czerwony punkcik
rozżarzył się i przygasł. Przez chwilę milczały obie. Ruda puszczała
kółka z dymu, a jej przyjaciółka obserwowała powstające w piwie
pęcherzyki gazu. Nagle zerknęła w stronę okna.
– Dinah! Ty mały diable. Co
ci zrobił ten kwiatek?
Czarny jak smoła kot zastygł
na parapecie. Przez sekundę wpatrywał się w nią żółtymi ślepiami, a
później odwrócił łeb i jakby nigdy nic powrócił do przerwanej pracy,
która polegała na ogałacaniu z liści paprotki. Natalia zerwała się i
wygrażając palcem, podbiegła do okna.
– Ja ci dam, ty zbóju jeden!
Zwierzak zostawił roślinę w
spokoju i skoncentrował wzrok na poruszającej się wte i wewte dłoni,
próbując zahaczyć o nią którymś z pazurów. Nowa zabawa była dużo
ciekawsza, ale niestety trwała krótko. Bez zbędnych ceregieli
dziewczyna chwyciła go za luźną skórę na karku i przetransportowała na
tapczan. Tam usiadła po turecku, a Dinah wylądował na jej kolanach.
Trochę mu się to nie podobało, ale ostatecznie dał się udobruchać
kilkoma głaśnięciami i szybko zapadł ni to w sen, ni w drzemkę.
Hania wyjęła z torebki
lusterko.
– Jednego, Natalia, nie
rozumiem – zagaiła, poprawiając makijaż. – Jesteś inteligentna,
zdolna, masz prezencję, a z tego, co mówisz, to trafiasz na samych
porąbańców.
– Masz rację. Ja sama tego
nie rozumiem. Albo szuja albo kawał matrymonialnego zbója.
Komórka Hani zaświergotała.
– Poczekaj – powiedziała do
przyjaciółki i odkładając lusterko, przyłożyła telefon do ucha. –
Halo. A, to ty. Zadzwoń do mnie później, OK? Rozmawiam teraz.
– ...
– Jak to z kim? A co to, ślub
braliśmy, żebyś mnie tak wypytywał?
– ...
– Nie opowiadaj głupot, to
nie będziesz musiał przepraszać.
– ...
– Nie, koteczek nie ma dziś
czasu – rzuciła w słuchawkę i patrząc na Natalię, przewróciła oczami.
– ...
– Na kolację. A dokąd? –
zainteresowała się nagle.
– ...
– Wiesz co, zadzwoń do mnie
wieczorem. Nie mówię nie.
– ...
– Dobrze, do wieczora. Pa,
pa. – Rozłączyła się i odłożyła komórkę na stół. – To George. No
wiesz, mówiłam ci o nim. To ten naczelny polskiej edycji „Newsweeka” –
wyjaśniła i posłała koleżance wymowne spojrzenie.
Natalia westchnęła i
pogłaskała kota.– Ty to masz branie, Hania.
– A ty nie?
– No niby też. Tylko, że u
mnie wszystko jest popaprane. Na początku wygląda dobrze, a później
zawsze się chrzani.
– Samo się chrzani?
– A żebyś wiedziała. Nie mam
na to wpływu. Jak tylko poznam kogoś bliżej, to zaraz się okazuje, że
to albo pozer, albo idiota, albo nieodpowiedzialny gówniarz. Takie
szczęście. – Rozłożyła bezradnie ręce i uśmiechnęła się melancholijnie,
a Hania wlała w siebie odrobinę piwa.
– A z kim byłaś przed
Fabianem? – zapytała.
– Z Tomkiem.
– I co?
– To samo.
– No właśnie. Do dziś nie
rozumiem, co ty od niego chciałaś, Nat? Zaczął karierę w Arthur
Andersen Consulting. Z tego, co pamiętam, to miał szerokie plany.
Przynajmniej tak mówił. Zawsze uśmiechnięty, skupiony, opanowany. Poza
tym był bardzo inteligentny.
– Inteligentny!? – parsknęła
drwiąco Natalia. – Nie rozśmieszaj mnie. Wszyscy dawali się nabrać na
ten niemy spokój. Powiem ci jedno, kochanie moje: milczący głupol
uchodzi na mędrca, dopóki się go lepiej nie pozna.
– Kiedyś mówiłaś coś innego.
– Bo nie znałam go bliżej.
Zapamiętaj sobie, Hania, międzynarodowy konsultant finansowy to
podszkolony chłop, który zamienił wóz drabiniasty na liczydło. Ot i
cała tajemnica.
– Mówisz jak wyrocznia.
– Bo swoje wiem! Tomek miał w
głowie żółty ser zamiast mózgu. Stąd ten buddyjski spokój i przyklejony
uśmiech.
– A Szaman to miał co i
gdzie? – zaśmiała się Hania.
– Ach daj spokój. To było
dawno i nieprawda. Poza tym jak się ma dwadzieścia lat, to przebrany za
małpę perkusista może zauroczyć, ale wyobraź sobie normalne życie z
facetem, który non stop bije się na pięści, a po koncertach goli
hektolitry wódy. A jak próbujesz z nim porozmawiać, żeby spoważniał, to
wybucha jak histeryczna panienka. Zapomnij!
Komórka znów zagwizdała.
Hania spojrzała na wyświetlacz i odebrała połączenie.
– Momencik – powiedziała do
koleżanki i opuściła wzrok. – O, Isoto. Dawno nie dzwoniłeś. Co się
stało?
– ...
– Nie, dziś nie mogę?
– ...
– Ale dokąd? – zmieniła nagle
zdanie.
– ...
– Bo ja wiem. Może? Zadzwoń
wieczorkiem.
– ...
– Słuchaj, muszę kończyć.
Jestem na seminarium.
– ???
– Jak to na jakim seminarium?
– roześmiała się i mrugnęła do Natalii. – Na seminarium o poszanowaniu
praw kobiet. Pa, pa. – Przerwała połączenie i odłożyła komórkę na stół.
– To Isoto – wyjaśniła. – Poznałam go kilka tygodni temu na imprezce.
Ma w Warszawie sieć restauracji japońskich.
– Fajny?
– No pewnie. W każdym jest
coś fajnego. Tylko trzeba dobrze patrzeć.
– Ja jakoś nie potrafię.
– A Artur? Chodziliście
przecież tak długo.
– Wiedziałam, że w końcu
wywleczesz Artura.
Hania posunęła się do przodu
i siadła na brzegu łóżka. Turkusowe pantofle opadły na podłogę. – No bo
Artur był inny – powiedziała. – Sama ci zazdrościłam. Taka solidna
firma. Spokojny, zdecydowany, a już na pewno nie pozer. Prawdziwy
inżynier. Sama mówiłaś, że ma równo pod sufitem poukładane.
– Pamiętam, pamiętam –
machnęła ręką Natalia. – Artur mocno stąpał po ziemi. To fakt. Wiele
razy się zastanawiałam, dlaczego tak się skończyło. Sama wiesz, jak to
jest. Człowiek ciągle wraca do starych wspomnień. – Zamyśliła się i
westchnęła. – Nie wiem. Niby wszystko szło idealnie, ale w myślach
ciągle widziałam nas za kilka lat. No wiesz: on ma brzuszek, siedzi w
fotelu i czyta gazetę. Później trochę narzeka na jedzenie i politykę.
Ja już nawet nie słucham. Przywykłam. Stoję na ganku naszego
rozkosznego domeczku z gromadką dzieci i macham sąsiadom. Mam rozdęty
od rodzenia brzuch i obwisły tyłek mamuśki.
– A czego ty chcesz? Przecież
tak wygląda normalne życie.
– A bo ja wiem? – Natalia
pociągnęła łyk piwa. Z napoju wyparował cały gaz, więc skrzywiła się i
odstawiła szklankę na stolik, a później pogłaskała Dinaha, który od
razu zaczął sennie mruczeć. – Wiesz, on był taki zwykły – podjęła
opowieść. – Taki do bólu przeciętny. Jedyne, o czym marzył, to właśnie
mały domek na przedmieściu, gromadka dzieci i święty spokój. A jedyne,
o czym potrafił mówić w towarzystwie, to „próbkowanie dźwięku metodą
niestacjonarnych stanów Markova”. – Ostatnie zdanie dziewczyna
wypowiedziała lekko sepleniącym głosem, który prawdopodobnie miał
imitować wadę wymowy jej ekschłopaka.
– No to czego ty szukasz?
Ideału? Tajnego agenta i Einsteina w jednej osobie.
– Pewnie tak.
– Życie to sztuka
kompromisów, Nat.
– Nie dla mnie! Gdzieś tam
daleko na pewno jest moja druga połowa. Trzeba tylko poczekać.
– Hm. – Hania westchnęła i
pokiwała głową. – Wiesz, co ci powiem?
– Co?
– Ale jesteśmy
przyjaciółkami. Tak?
– No tak.
– Więc mogę ci powiedzieć
prawdę?
– Jasne.
– Tylko nie obraź się, bo to
ze szczerego serca. Oki?
– No wal!
– Dobrze. Powiem ci, że z
tego, co widzę, to ty sama nie wiesz, czego chcesz, a jak ktoś ci o tym
mówi, to dostajesz kota, bo...
– Ależ oczywiście, że wiem
czego chcę! – przerwała jej gwałtownie Natalia.
– No widzisz. Nawet nie
dajesz mi dokończyć.
– Przepraszam, Hania. Tak mi
się czasami coś wyrwie. Mów dalej.
Ruda milczała, obserwując
padający za oknem deszcz.
strona 1 z 4
|
|
|